Jest Pan zadowolony z naszej polityki demograficznej?

Polska obecnie nie posiada czegoś, co można by nazwać całościową polityką demograficzną państwa. Co więcej, nawet termin polityka demograficzna nie zawsze jest jednoznacznie rozumiany i może być potocznie różnie interpretowany. Polityka demograficzna odnosi się do sumy czterech polityk traktowanych łącznie: polityki  rodzinnej, polityki rynku pracy (w tym osób znajdujących się na rynku pracy), działań w zakresie pomocy społecznej (nakierowanej na osoby, które np. są w wieku, który predysponuje je do pracy, ale z jakiś powodów nie mogą pracować lub się utrzymać, najczęściej są to powody o charakterze zdrowotnym bądź losowym (różnego rodzaju renty, świadczenia społeczne itp.)) i czwarty segment z tych polityk to: polityka emerytalna. Polityka demograficzna jest agregatem, zbiorem czterech segmentów polityki społecznej. Moja ocena co do tego, jak wygląda polityka demograficzna w Polsce, jest jak najbardziej krytyczna z możliwych ocen jakie można wystawić. Po pierwsze uważam, że brakuje całościowego spojrzenie na te cztery segmenty polityki. Po drugie przez ostatnie sześć lat rządzenia nie podjęto działań ani wręcz minimalnego wysiłku, aby przygotować jakiekolwiek założenia w tym obszarze. I nawet jeżeli byśmy zeszli o jeden poziom niżej, tj. na każdy z segmentów polityki demograficznej, to również oceniam, że żadna z tych tak zwanych czterech składowych, też na przestrzeni ostatnich sześciu lat nie została potraktowana w sposób całościowy. Abstrahując od przyczyn, defekt ten w szczególności obciąża politycznie premiera.

Jakieś pojedyncze działania były. Choćby wydłużenie urlopu macierzyńskiego.

Miały miejsce pojedyncze działania, niektóre z nich kierunkowo  słuszne. Nie były one jednak wynikiem szerszego spojrzenia na całość lub próbą uporządkowania jakiegoś szerszego obszaru. Sądzę, że często działano w myśl zasady: „coś dodać, coś ująć i ogłosić marketingowy sukces".

Przykładem ostatnie majstrowanie przy OFE?

Była okazja, aby dokonać całościowej i głębokiej reformy systemu emerytalnego. Tymczasem, premier i minister finansów po 6 latach zaniechań w reformowaniu finansów publicznych obudzili się z problemem trudności w dalszym zadłużaniu państwa bez naruszenia progów konstytucyjnych. Księgowe przesunięcie nie zmniejszyło zobowiązań Polski. „Papranie" przy OFE nie sprawiło, że ZUS będzie się bilansował w jakimś przewidywalnym horyzoncie czasu. Niestety tematu OFE nie można nazwać reformą, a co najwyżej zmianą, bo w długim okresie niczego to nie rozwiązuje i nie polepsza. W podobny sposób prowadzono też temat wydłużenia wieku emerytalnego i pierwszej debaty o OFE, która miała dać rozwiązania jedynie tymczasowe.

Polki rodzą coraz mniej dzieci

Tymczasowe. Tak się jednak nie stało.

Autopromocja
Panel dyskusyjny "Budujemy miasto"

Samorządy i deweloperzy są skazani na współpracę przy realizacji inwestycji

OGLĄDAJ RELACJĘ

Z perspektywy czasu coraz bardziej uważam, że rząd rekomendując zmiany w OFE, tak prowadził cały ten proces, aby osiągnąć jedynie cele polityczne i związane z komfortem rządzenia, a nie dokonać jakiejkolwiek reformy lub w celu uefektywnienia systemu. Przykładowo, kierując nadzorem kilkukrotnie podpowiadałem listę działań, która zwiększyłaby efektywność systemu, a zatem byłaby korzyść dla państwa i przyszłych emerytów. Nie skorzystano z nich wówczas, ani przy ostatnich zmianach.

Manipulacja?

Żeby nie być gołosłownym warto jest pokazać, jak prowadzono ten temat choćby w 2013  roku. W praktyce został wrzucony na agendę do debaty publicznej w połowie czerwca, jak się kończył rok szkolny, jak wszyscy rozjeżdżali się na wakacje. To była decyzja polityczna, która zapewne zapadła w gronie premiera i ministra finansów (w mojej ocenie inspiratorów tego działania). Zapewne liczono, że takie tupeciarskie zagranie wytłumi debatę publiczną i ekspercką. Myślano, że to się uda zrobić szybko i cicho, czyli jeszcze w okresie wakacyjnym. Ostatecznie okazało się, że jednak temat był za duży, a przygotowanie rządu bardzo słabe. Sądzę, że pierwsza faza przygotowywania zmian w wąskim gremium pozwoliła utrzymać to w tajemnicy, ale w konsekwencji popełniono wiele błędów, które byłyby do uniknięcia, gdyby tematem zajęli się lepsi fachowcy, choć mniej zaufani politycznie.

Ostatecznie jednak zmiany wprowadzono.

Uważam, że ta zmiana w kategoriach systemowych nie rozwiązuje problemu emerytalnego w Polsce. Nawet jeżeli porównamy, bardzo szacunkowo, aktywa w OFE, które wówczas były nieco poniżej 300 miliardów zł, do ponad 2000 miliardów złotych zobowiązań ZUS, to nic nie daje zabieg księgowy rzędu 150 mld zł na styku długu jawnego i zobowiązań ukrytych.

Ogromny rozrost deficytu w FUS to ostatnie 5-6 lat.

Otóż ZUS od kilku lat zdecydowanie coraz bardziej się nie bilansuje i nie powinno to być zaskoczeniem patrząc na choćby najprostsze prognozy demograficzne. Chodzi tutaj o cały Fundusz Ubezpieczeń Społecznych. Deficyty rok w rok sięgają kilkudziesięciu miliardów złotych. Dziwi mnie pasywność rządu, aby coś z tym zrobić, zarówno na bieżąco jak i podjąć próbę poprawy systemu w długim okresie. Samo to się nie rozwiąże. Sześć lat niepodejmowania działań to zdecydowanie za dużo. Ostatnie zmiany w OFE to tylko pozory mające wymiar polityczny a nie realny. Wizerunkowo pozwoli to na księgowe przykrycie deficytów ZUS równych ok. 3-4 -letnim niedoborom. Niemniej, ten wynik uzyskamy jedynie przy obecnie stosowanej metodologii dla statystyki długu w relacji do PKB.

Paradoksalnie ta zmiana z punktu widzenia polskiego podatnika nie musi być tańsza?

Poczyńmy proste porównanie. Z jednej strony oszacujmy, jakie przychody i zyski realizowały OFE i PTE, związane z zarządzaniem obligacjami i bonami skarbu państwa. Po drugiej stronie wyliczmy, ile może wzrosnąć koszt obsługi długu w długim okresie wynikający ze spadku sentymentu do Polski na rynku obligacji skarbowych, a także konsekwencje eliminacji istotnego stabilizatora popytu na rynku długu. Jest możliwe, że ten drugi scenariusz może kosztować polskiego podatnika więcej. W Polsce został zlikwidowany bardzo istotny element bufora akomodującego podaż instrumentów dłużnych. Co więcej, od teraz Polska będzie dużo bardziej wystawiona na ryzyka wynikające z zawirowań na rynkach zagranicznych. Po pierwsze dlatego, że udział długu zagranicznego w całym długu jest wyższy, ale również ze względu na ograniczenie oddziaływania lokalnych czynników popytu. Wcześniej, przy wzroście niestabilności na rynkach światowych, kolejne emisje długu były dużo łatwiej absorbowalne przez podmioty krajowe, tym samym nie podrażając nadmiernie kosztów państwa. System OFE działał na zasadzie bufora kontrcyklicznego. Patrząc szerzej, był istotnym elementem stabilności lokalnego rynku finansowego, a w rezultacie sprzyjał bezpieczeństwu i rozwojowi całej gospodarki.

Wzrost rentowności od maja 2013 to efekt zamieszania wokół OFE?

Rzeczywiście w czerwcu 2013 roku miało miejsce wyraźne odwrócenie trendu dla wyceny polskiego długu. Niewątpliwie wśród kilku przyczyn tego procesu należy dorzucić również  kwestię OFE. Odczuwalne to będzie dopiero w następnych latach, gdy obsługa kolejnych emisji obligacji skarbowych będzie coraz kosztowniejsza dla emitenta. Większa wahliwość popytu, zmniejszenie potencjału nabywców krajowych, to dodatkowe czynniki, które będą oddziaływać w kierunku wyższej premii za ryzyko. Dochodzi do tego kwestia wyższego tzw. „pułapu straty" w przypadku silnych jednorazowych szoków kryzysowych.

Zawsze można się wysługiwać instytucjami na potrzeby stabilizacji polskiego długu. Spółki skarbu państwa czy BGK.

W długim okresie to je wypali. Potrzeby pożyczkowe państwa przy nierozwiązanych problemach strukturalnych nie są jednorazowe, czy krótkotrwałe. Przykładem mogą być tu m.in. potrzeby pożyczkowe Polski wynikające jedynie z niebilansowania się systemu emerytalnego. W mojej ocenie zarówno duży ubezpieczyciel, duży bank, czy nawet wehikuły jak Polskie Inwestycje Rozwojowe w żaden sposób w tej kwestii nie pomogą.

Nie są w stanie zrekompensować tego braku?

Nawet gdyby wykorzystać je w okolicznościach jakiegoś zdarzenia jednorazowego, to i tak są zdecydowanie za małe, aby zmierzyć się z prawdziwym kryzysem na poziomie gospodarki. Z drugiej strony „kropelkowe" ich osłabianie sprawi, że same zatracą zdolność do obronienia się w sytuacjach kryzysowych. Konkludując, uważam, że dobór narzędzi nieadekwatnych do celów jest wręcz kryzysogenny.

Wróćmy jednak do problemów systemu emerytalnego. Mamy niezbilansowany ZUS.

ZUS nie ma szansy w najbliższym okresie lepiej się bilansować, jeżeli nie zostanie podjęta szeroka i całościowa reforma systemu emerytalnego. W praktyce ZUS nie ma zasobów, tylko rozdysponowuje bieżące wpływy, dzieli na bieżąco. Spójrzmy też w przyszłość. Otóż z perspektywy 20-25 lat przybędzie nam jakieś 4 miliony osób w wieku emerytalnym i ubędzie nam jakieś 6 milionów osób w pozostałych grupach wieku. Zwróćmy uwagę na to, że pozornie zaobserwujemy spadek ludności o 2 miliony (przy obecnej dzietności i obecnej umieralności i założeniu, że trendy co do dzietności i umieralności nie ulegną drastycznym zmianom). W praktyce będziemy mieli dużo mniej osób aktywnych zawodowo i na rynku pracy. Oznacza to, że albo trzeba będzie zwiększyć dużo bardziej obciążenia na osoby pracujące, żeby te osoby pozostałe miały nie obniżoną wartość realną świadczeń w przeliczeniu na osobę, albo w drugą stronę: nie zwiększać obciążeń na osoby, które są na rynku pracy, ale obniżyć realną wartość świadczeń. Zapewne życie wybierze jakąś ścieżkę po środku. Otwiera to jednak pytanie, czy dojdziemy do niej w sposób ewolucyjny, czy w wyniku późniejszych, ale gwałtowniejszych dostosowań.

Czy w związku z tym czekają nas mocne perturbacje, a nawet tąpnięcia o charakterze makrogospodarczym?

Tego typu procesom demograficznym często towarzyszą napięcia o charakterze społecznym. W mojej ocenie, w przyszłości Polska jest wystawiona na ryzyko zaburzeń w utrzymaniu solidarności międzypokoleniowej przez państwo. W uproszczeniu: np. pracujące pokolenie może uznać, że jest za bardzo obciążone na rzecz starszych pokoleń i po prostu wypowiedzieć umowę społeczną, jaką jest m.in. solidarność międzypokoleniowa, tj. ograniczyć realne transfery na opiekę zdrowotną, pomoc społeczną, etc.

To się już się dzieje, bo przecież ucieczka do szarej strefy, niepłacenie składek to jest takie wypowiedzenie.

Trochę tak, ale odróżniałbym zachowania indywidualne od funkcjonujących rozwiązań systemowych. W tym punkcie warto zwrócić uwagę na jeszcze inną kwestię, tzw. rezydencji podatkowej. Zresztą nawet wiele osób, nie tyle ucieka do szarej strefy, lecz zauważa, że na przykład można płacić niższe podatki gdzie indziej i nadal to jest legalne. Takie działania w długim okresie w jeszcze większym stopniu kreują niedobory na rynku krajowym. W przyszłości również to zjawisko przyniesie negatywne skutki społeczne.

To dlaczego w Polsce tak mało się rozmawia na temat skutków ekonomicznych procesów demograficznych?

To jedno z  najważniejszych wyzwań, które stoi przed Polską w pierwszej połowie XXI wieku. Ciekawe, że poza Polską analitycy i eksperci dostrzegają te problemy dużo bardziej niż w samej Polsce. Nasz kraj według OECD będzie w grupie trzech gospodarek o najgorszych perspektywach podnoszenia konkurencyjności w pierwszej połowie XXI wieku ze względu na czynnik bilansów demograficznych.

Co to dla nas oznacza?

Polska gospodarka nie ma takiego poziomu bogactwa jak kraje najbardziej rozwinięte. Nie ma też takiego poziomu konkurencyjności. Nadal jesteśmy społeczeństwem na dorobku.

Oznacza to, że nadchodzący proces starzenia się społeczeństwa dużo mocniej dotknie Polskę w obszarze konkurencyjności w XXI w. Niestety niewiele podejmuje się działań w Polsce, aby zapobiegać nadchodzącym procesom. Bardziej widoczne jest bieżące przejadanie dochodu niż próba zainwestowania lub zaoszczędzenia na przyszłość.  W tym sensie uważam, że termin „zielona wyspa" jest terminem nieuczciwym i mylącym.

Wzrost gospodarczy Polski w czasie kryzysu był fikcyjny?

W okresie ostatnich kilku lat na rynek pracy i w wiek dorosły wchodziło pokolenie wyżu demograficznego z lat 80-tych, a jednocześnie w wiek emerytalny nie wchodziły pokolenia nadmiernie liczne. Czyli z jednej strony młode pokolenie zgłosiło dużo większy popyt konsumpcyjny, a z drugiej strony mieliśmy do czynienia ze wzrostem podaży na rynku pracy. Ponadto w ostatnich latach miał miejsce spektakularny wzrost długu i deficytów budżetowych. Zadłużanie się na poczet przyszłych pokoleń i tzw. impuls keynesowski pozwalają na krótko pobudzić gospodarkę. Nie rozwiązuje to jednak kluczowych problemów w długim okresie. Ponadto, jeżeli dokonamy unettowienia rezultatów polskiej gospodarki, uwzględniając nierównomierną strukturę demograficzną, to statystyki dla wzrostu gospodarczego z ostaniach lat nie wypadają tak pomyślnie.

Problemy demograficzne zaczną nas gospodarczo przygniatać?

Zazwyczaj nadchodzą one powoli, są stosunkowo łatwo prognozowalne, ale z drugiej strony, przeciwdziałanie im jest kosztowne, a w szczególności, gdy działania podejmie się zbyt późno. Długoterminowe prognozy dla długu i deficytów Polski nie mają wiele wspólnego z „zieloną wyspą". Są wręcz w kontraście, jej przeciwieństwem. Bliżej im do „czarnej dziury". Dodatkowo, już w perspektywie kilkunastu lat może okazać się, że polska gospodarka zmierzy się z wysokimi kosztami pracy, dlatego ponieważ trzeba będzie mocno obciążać składkami, podatkami pokolenie pracujących na rzecz licznego pokolenia starszych. Swoboda przepływu osób i kapitałów w UE może sprawić, że w kolejnych okresach coraz więcej Polaków stworzy sobie warunki do płacenia podatków poza Polską. Scenariusz taki jeszcze mocniej może pogłębić niekorzystną sytuację w bilansowaniu wydatków społecznych w Polsce.

Skoro mamy problem demograficzny, to może otwórzmy granice, niech przyjadą imigranci?

Polska w debacie publicznej żyje pewnego rodzaju mrzonką, wymysłem tego, że w Polsce można czynnikiem imigracyjnym zniwelować niedobory demograficzne. Po pierwsze spróbujmy oszacować, jakiej skali musiałaby to być imigracja. Jeżeli tylko miałaby niwelować wskaźnik dzietności z poziomu 1,3 do prostej zastępowalności pokoleń, to musiałaby być z przedziału 150-200 tys. osób rocznie. Mówimy tu o wartościach netto (tj. różnicy między przyjeżdżającymi i wyjeżdżającymi z Polski).

Tymczasem, ponad 2 miliony młodych Polaków wolało uciec za pracą z „zielonej wyspy" do innych krajów UE „pogrążonych w kryzysie". To proste porównanie daje obraz naszej sytuacji. Myślę, że warto byłoby podjąć wysiłek zachęcenia choć części z tych osób do powrotu. Niestety coraz częściej mamy do czynienia z przechodzeniem emigracji czasowej w osiedleńczą. Ponadto na przestrzeni ostatnich jedynie 15 lat urodziło się o 3 mln Polaków mniej niż w prostej zastępowalności pokoleń.

Dodajmy jeszcze dwie dodatkowe okoliczności. Po pierwsze polityka imigracyjna też kosztuje i należałoby wskazać źródła jej finansowania. Po drugie Polska wchodząc do UE stała się częścią szerszego rynku wspólnotowego. Oznacza to, że jeżeli ktoś podejmie decyzję o tym, że emigruje ze swojego kraju spoza UE do UE, Polska raczej nie będzie dla takiego emigranta krajem docelowego wyboru, a co najwyżej przystankiem przesiadkowym.

Ma Pan panaceum na całą tę sytuację?

Polska potrzebuje uczciwej polityki rodzinnej, tzn. takiej w której osoby decydujące się na wychowywanie dzieci, jak również te niechcące wychowywać dzieci nie były z tego powodu dyskryminowane ekonomicznie lub prawnie przez państwo. Państwo nie powinno swoją opresyjnością przymuszać do którejkolwiek z w/w postaw zostawiając wolność. Poziom deklaracji wśród młodych Polaków do założenia rodziny i wychowywania dzieci jest wśród najwyższych w Europie, a realizacja dokładnie po przeciwnej stronie. Oznacza to, że należy w pierwszej kolejności usunąć czynniki ograniczające dzietność, a także wycenić, jaką wartość otrzymuje państwo od rodzin/rodziców/opiekunów, którzy angażują swój czas i pieniądze w wychowanie dzieci.

Przykładowo, uważam, że w pierwszej kolejności należałoby wyceniać w systemie emerytalnym czas pań, które świadomie decydują się na wychowywanie dzieci i zostają z nimi w domu, poświęcają im swój czas i rezygnują z kariery zawodowej. W długim horyzoncie czasu to by bardzo obniżyło bezpośrednie jak również alternatywne koszty związane z wychowaniem dzieci.

A więc wsparcie rodzin wielodzietnych.

Statystycznie przeciętny koszt wychowania dziecka w liczniejszej rodzinie jest niższy.

Z drugiej strony rodziny z większą liczbą dzieci bardziej ograniczają perspektywy zawodowe przynajmniej jednego z rodziców.

W gospodarstwie 2+3 najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest to, że jeden z rodziców pracuje zawodowo bardzo intensywnie a drugi z rodziców pracuje w niepełnym wymiarze i zajmuje się domem albo rezygnuje z pracy zawodowej w ogóle. Wówczas oznacza to, że ten jeden, najczęściej ojciec musi mieć nie tyle najwyższe możliwe dochody, co możliwie najbezpieczniejsze. Oznacza to, że takie gospodarstwo po pierwsze ma mniejsze dochody ponieważ jedna z osób nie pracuje, albo pracuje w mniejszym wymiarze, a po drugie ta druga optymalizując bezpieczeństwo pracy i dochodów de facto wolniej się rozwija zawodowo, mniejszą ma skłonność do podejmowania ryzyka i zmiany, dlatego żeby zachować bezpieczeństwo dochodów. W rezultacie ci rodzice, w okresie aktywności zawodowej uzbierają sobie dużo mniej składek na emeryturę, i nie dorobią się dodatkowego majątku, bo ten majątek wydadzą na utrzymanie i rozwój swoich dzieci.

System dyskryminuje dzietność?

Przyjrzyjmy się na przykładzie obecnie funkcjonującego systemu, który określa „optymalne reguły gry" w Polsce. Na poziomie zagregowanym im więcej dzieci tym lepiej. Ale na poziomie indywidualnym, jeżeli każdy będzie podejmował racjonalne swoje osobiste decyzje to jemu się ta dzietność nie opłaca. W rezultacie dzietność się staje synonimem luksusowej konsumpcji, tych których po prostu na to stać. Czy Polska powinna prowadzić bardzo ekspansywną politykę rodzinną? Paradoksalnie wystarczy zdjąć mechanizmy dyskryminujące dzietność. Żeby polityka rodzinna była polityką neutralną ze względu na wybory życiowe. Żeby ci którzy chcą mieć dzieci, nie byli ograniczani do ich posiadania, wychowywania, zajmowania się nimi przez wadliwie skonstruowany system ekonomiczny państwa, który penalizuje wręcz, karze ekonomicznie tych którzy się na to decydują.

Wróćmy jeszcze do emerytur. Jaki jest pana pogląd w temacie wieku emerytalnego?

Przeprowadzona dwa lata temu dyskusja była emocjonalna, kosztowna politycznie, a zarazem nie wiele rozwiązała. Uważam, iż należałoby znieść wiek emerytalny, zaś wprowadzić obowiązek uzbierania składki, która gwarantowałaby emeryturę minimalną z uwzględnieniem wieku osoby.

System taki rozwiązuje kilka problemów łącznie:

- Pozwala przejść na emeryturę w dowolnym momencie po uzbieraniu składki minimalnej.

- Pozwala dłużej być aktywnym zawodowo (bez wskazywania wieku emerytalnego), jeżeli ktoś chce zbierać dłużej składki na emeryturę wyższą niż minimalna.

- W przypadku zawodów szkodliwych dla zdrowia, powinny być one z automatu wyceniane poprzez wyższe wynagrodzenie, co skutkuje szybszym uzbieraniem składki minimalnej.

W przypadku osób, które nie uzbierałyby do emerytury minimalnej np. do 65-70 roku życia przysługiwałaby pomoc społeczna w formie zasiłku emerytalnego nieco mniejszego od emerytury minimalnej.

A może krok dalej pójść. Czyli w ogóle znieść minimalną emeryturę, tylko wypłacać wyłącznie tyle, ile sobie ktoś uzbierał?

Minimalna emerytura powinna istnieć, bo jeżeli taka osoba nie uzbiera sobie nic, to na państwie będzie ciążył obowiązek utrzymania takiej osoby. Dlatego ta zasada minimalnej emerytury jest dobra, ale w innej formie. Osoby, które nie uzbierają do minimalnej emerytury, a jednocześnie przekroczą pewien wiek (np. 65-70 lat), powinny nie otrzymywać emerytury, tylko tak zwany zasiłek emerytalny. Miałoby to formę pomocy społecznej. Otóż nawet nie powinno to być nazwane emeryturą tylko właśnie zasiłkiem, aby takie osoby miały świadomość, że w swoim czasie aktywności zawodowej (czyli swoim życiu zawodowym), nawet nie uzbierały do tej minimalnej emerytury. Oczywiście ten zasiłek powinien być wówczas zbliżony do tej minimalnej emerytury, ale niższy.

A przywileje zlikwidować?

Tak, ten system z automatu uczytelniłby zawody z przywilejami. Otóż w takich zawodach na bieżąco powinny być wyższe wynagrodzenia wyceniające uciążliwość danej pracy i tym samym pozwalające szybciej uzbierać składkę do emerytury minimalnej, a także stwarzać szansę do wyższej emerytury, jeżeli ktoś chciałby dłużej pozostać w swoim zawodzie.

Politycznie jak widać zbyt trudny temat.

Wręcz przeciwnie. To pokazuje, że istnieje wiele rozwiązań, które mogłyby być u podstaw nowoczesnego i sprawnego systemu emerytalnego jak i szerzej, całościowej polityki demograficznej. Mam wrażenie, że raczej brakuje odważnych liderów politycznych, którzy chcieli by wpisać je sobie do programu, a następnie ich bronić, gdyż wystawialiby się na ryzyko trudnych debat i przegrania wyborów po przeprowadzeniu rzetelnych reform.

Sami jako społeczeństwo blokujemy się więc przed reformami.

Dokładnie tak. Ale społeczeństwo, jeżeli będzie samo siebie blokowało przed reformami to zapłaci tego koszty w przyszłości.

Stanisław Kluza jest doktorem nauk ekonomicznych. Był ministrem finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego i pierwszym przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego. Obecnie jest związany z Gabinetem Cieni BCC i Instytutem Statystyki i Demografii SGH.