Mianem „niezastępowalnego narodu” (co po angielsku znaczy dokładnie to samo, co „niezastępowalny kraj”) ochrzciła trzydzieści lat temu Stany Zjednoczone sekretarz stanu Madeleine Albright. Mówiła o tym głównie w kategoriach polityczno-militarnych: według ówczesnych ocen, USA były jedynym supermocarstwem i jedyną siłą, zdolną i chętną, by zagwarantować światu pokój i stabilność. Z gospodarczego punktu widzenia w ogóle nie było sensu, by się nad tym zastanawiać. Amerykańska gospodarka była, przy pomiarze według bieżących kursów walut, podobnej wielkości do europejskiej (tylko że nie jednej, ale raczej sumy współpracujących ze sobą znacznie mniejszych gospodarek wielu krajów), ale dwuipółkrotnie większa od japońskiej i aż dziewięciokrotnie od chińskiej.
Dziś sytuacja różni się od tej sprzed lat. Z jednej strony zadajemy sobie pytanie, czy z powodu zmian w swojej polityce USA są nadal krajem gotowym do bezinteresownego zapewnienia światu stabilności i bezpieczeństwa. Ale z drugiej, coraz częściej zastanawiamy się, czy są nadal „niezastępowalnym narodem” w sprawach gospodarczych.
Wygląda na to, że dziś nadal tak to wygląda. Choć gospodarka USA stanowi tylko 15 proc. światowej, amerykańskie koncerny są obecne na wszystkich kontynentach, dolar dominuje w międzynarodowych transakcjach, a stworzone w Krzemowej Dolinie innowacje podbijają światowe rynki. Stosowany od roku przez prezydenta Trumpa szantaż w dziedzinie polityki celnej okazuje się jak dotąd tak skuteczny głównie dlatego, że Stany Zjednoczone są największym rynkiem sprzedaży produktów z całego świata: w 2024 r. ich import towarów przekraczał 4 biliony dol., był o 30 proc. większy od chińskiego i o 40 proc. od europejskiego. Największy na świecie był też deficyt handlowy odnotowywany przez USA, oznaczający, że jedną czwartą importowanych towarów Amerykanie kupowali na kredyt. Kredyt ten był udzielany głównie w formie zakupu dolarowych obligacji, których mogli wydrukować tyle, ile dusza zapragnie. Słowem, wymarzony klient, rozrzutny i wypłacalny.
Czy Chiny mogą w tej roli zastąpić USA? Odnotowały wprawdzie w ciągu minionych 30 lat imponujący wzrost gospodarczy i pod względem PKB dorównują już USA. Gonią je też pod względem rozwoju badań naukowych. Ale jednocześnie Chiny mają największą nadwyżkę handlową na świecie (niemal dokładnie taką, jak amerykański deficyt) i wciąż są głównie starającym się sprzedać jak najwięcej swoich towarów globalnym producentem, a nie konsumentem. Gospodarka rośnie, ale nie zmienia swojego charakteru. Istotą problemu jest to, że stopa oszczędności wynosi w Chinach 43 proc. (w USA 18 proc.), więc im więcej Chińczycy zarabiają, tym większe mają nadwyżki kapitału i tym bardziej szukają chętnych do wzięcia kredytu. Ogromna skłonność do oszczędzania spada, ale bardzo wolno (15 lat temu sięgała 50 proc.). Rząd może starać się zachęcać obywateli do wzrostu konsumpcji, ale kultura i historia robią swoje: żyje jeszcze niemal 100 milionów ludzi, którzy mogą pamiętać katastrofę z lat 1958-62, kiedy z głodu zmarł niemal co dziesiąty mieszkaniec Chin.
Rozwijający się świat potrzebuje zarówno pracowitych producentów, jak i rozrzutnych i gotowych zadłużać się konsumentów. Póki co w tej roli nikt nie jest w stanie zastąpić Amerykanów.