Wystarczy wprowadzić nowe daniny lub podnieść te obowiązujące, by znalazły się pieniądze na rosnące wydatki, zwłaszcza na program 500+. Oczywiście wszyscy, od wielkich korporacji po szarego obywatela, bez zmrużenia oka będą płacić.
Pierwsze do skubania poszły banki i sklepy. Już szykują się jednak do omijania tych zobowiązań. Banki będą tworzyć w Polsce dodatkowe koszty, np. kupując usługi od swoich spółek matek za granicą czy udzielać kredytów przez oddziały w krajach, gdzie podatki są niższe albo ich nie ma. Sklepy pewnie zaskarżą swój podatek jako sprzeczny z unijnym prawem. Tak stało się na Węgrzech – w efekcie rząd zaczął się rakiem wycofywać z takiej regulacji.
Politycy PiS wierzą w omnipotencję państwa, siłę aparatu kontrolno-skarbowego. Zapowiadali uszczelnienie systemu podatkowego, walkę z wyłudzeniami VAT i uzyskanie w ten sposób nawet 52 mld zł. Jak jednak te zapowiedzi traktować poważnie, skoro wciąż trwają poszukiwania wiceministra finansów, który skutecznie poprowadzi walkę z takimi oszustwami.
Z unikaniem podatków nie radzą sobie nawet kraje zachodnie. W ostatnich dniach brytyjski rząd musiał pójść na ugodę z Google i zadowolić się ochłapami. Jak mawiał George Orwell: nikt nie jest patriotą, jeśli chodzi o podatki. Zawód, jaki zapewne spotka PiS w kwestii poprawy ich ściągalności, zrodzi więc naturalne działanie – poszerzenie grupy skubanych. To już się zresztą dzieje.
Podatek bankowy miał objąć tylko banki. Wkrótce jednak się okazało, że dotyczy również ubezpieczycieli. Podatek obrotowy miał uderzyć tylko w hipermarkety i wesprzeć tym samym mniejsze polskie sklepy. Szybko się okazało, że obejmie wszystkich. Definicja sklepu zaczęła przy tym ewoluować. Okazało się, że objęła nawet stacje paliw czy apteki.