To, że Polacy nie lubią słuchać prawdy na temat stanu systemu emerytalnego, a każda wzmianka na ten temat rujnuje kariery polityków, niszczy reputację ekspertów i wywołuje falę internetowego hejtu wobec komentatorów, nikogo już nie dziwi. Opublikowany ostatnio sondaż przyniósł jednak spore zaskoczenie. Otóż nie tylko większość nie przyjmuje do wiadomości konieczności podwyższenia wieku emerytalnego, ale niemal połowa (45 proc. pytanych) domaga się jego obniżenia! I słusznie, suweren wie lepiej od wyobcowanych elit, co kraj powinien robić, a czego nie. Nikt nie zabroni jakiejś większości sejmowej, jeśli taka się pojawi, obniżenia wieku emerytalnego, choćby i do 40 lat. Podobnie jak nikt nie zabroni Sejmowi przyjęcia ustawy o tym, że w Wigilię ma padać śnieg, a latem temperatura nad Bałtykiem ma się utrzymywać na komfortowym poziomie od 24 do 27 stopni (z lekką bryzą).

Przypadek emerytur jest jednak dość szczególny z kilku powodów.

Po pierwsze, problem dotyczy wielu generacji: i tej, która pobiera dziś emerytury, i tej, która jeszcze pracuje, i tej, która zaczyna pracę, i tej, która chodzi jeszcze do szkoły, i nawet tej, która jeszcze się nie narodziła. Z systemem emerytalnym jest jak z życiem na kredyt. Czy można dziś wypłacić 14., 15. i 16. emeryturę? Pewnie, że można. Czy da się obniżyć wiek przechodzenia na emeryturę? Ależ oczywiście. Bo konsekwencje w postaci przygniatającego długu emerytalnego będą ponosić dopiero obecni 30- czy 40-latkowie. A dla nich, póki co, jest to perspektywa na tyle odległa, że nie są w stanie się nią nadmiernie przejmować. Więc co się obecnym wczesnym emerytom uda wyrwać, to ich.

Po drugie, istnieje naturalny ekonomiczny mechanizm, który kiedyś bezlitośnie wyegzekwuje od obecnych młodszych pracowników zapłatę za dodatkowe przywileje, które politycy rozdają dziś starszym. Jeśli nic się nie zmieni w zasadach systemu emerytalnego, efektem stanie się drastyczny spadek emerytur. Przy obecnym wieku emerytalnym spadną one za 25 lat poniżej 30 proc. pensji, a przy jego obniżeniu spadłyby zapewne do 20 proc., a więc do poziomu głodowego. Oczywiście można tak zmienić zasady, by nie dopuścić do takiego spadku i nadal wypłacać znacznie wyższe świadczenia. Wtedy prędzej czy później zbankrutuje państwo, albo wybuchnie hiperinflacja. I emerytury spadną jeszcze silniej.

Po trzecie, cała dyskusja o zmianach wieku emerytalnego to strata czasu. Podziękujmy za to tym politykom, którzy albo ze skrajnej ignorancji, albo z cynizmu kłamali i nadal kłamią na temat tego, że „stać nas na niższy wiek emerytalny”. Nie ma cienia wątpliwości, że ktokolwiek powie dziś choć słowo o konieczności jego podniesienia, nie ma szans na zwycięstwo wyborcze. W ten sposób wyeliminowane zostało najprostsze narzędzie, za pomocą którego można chronić system emerytalny przed kompletną zapaścią. Pozostaje więc tylko jedna droga: pogodzić się z tym, że tematu nie wolno dotykać, a państwowe emerytury będą spadać do żałośnie niskiego poziomu. I jak się da zachęcać ludzi do dobrowolnej dłuższej pracy i większych oszczędności, przekazując im uczciwie prawdę: bez tego czeka ich na starość nędza, choćby nie wiadomo jakie ustawy przegłosował Sejm.

A wtedy można będzie obniżyć wiek emerytalny i do 30 lat, oczywiście po wykreśleniu jakichkolwiek gwarancji minimalnej emerytury, bo na to oczywiście pieniędzy nie będzie.