W przyrodzie zwierzęta słabe i chore, nawet jeśli to wielki słoń czy hipopotam, szybko giną, stając się życiodajnym pożywieniem dla innych. O ile przyrody nie da się za bardzo oszukać (przynajmniej na razie), o tyle gospodarkę już tak. Firmy państwowe, nawet bardzo chore, mogą spokojnie trwać, dysponując rządowym wsparciem, choć są często źle zarządzane i pełne różnych patologii. Trudniej oszukać giełdę, która jest odzwierciedleniem wartości spółek i pokazuje prawdę o nich niczym wielkie zwierciadło.

I co właśnie widzimy? Pakiet spółek Skarbu Państwa notowanych na warszawskiej giełdzie jest wart 92 mld zł, o 15 mld zł mniej niż na początku roku. Nie wszystkie spółki dołują, niektóre korzystają z pozycji dominującej, inne zaś cierpią równocześnie z przyczyn obiektywnych, jak KGHM, który boryka się z silnym spadkiem cen miedzi. Faktem jest jednak, że państwowe przedsiębiorstwa są gorzej wyceniane niż zagraniczne odpowiedniki w danej branży. I o czymś to świadczy.

Te wielkie gospodarcze słonie radziłyby sobie zdecydowanie lepiej, gdyby państwo trzymało się od nich z daleka. Zamiast tego szkodzi im mocno i to na dwa sposoby – wewnątrz i na zewnątrz. Z jednej strony wsadza tam, zmieniające się jak w kalejdoskopie i często niekompetentne, upolitycznione kadry, z drugiej zaś zmusza do szkodliwych dla firmy działań, jak wspieranie innych chorych organizmów, np. kopalń czy chybionych politycznych przedsięwzięć, jak w przypadku poczty i wyborów kopertowych czy Polskiej Fundacji Narodowej. Nie zabije, pozwoli trwać, ale efektownie się rozwinąć – już nie bardzo. Zawsze jakimś kamieniem obciąży, najlepiej z zaskoczenia. Szczególnie widać to teraz na przykładzie banków PKO BP i Pekao, które dramatycznie straciły na wartości w wyniku m.in. zapowiedzi nowych podatków (np. od zbyt niskich lokat) czy zrzutki na pomoc kredytobiorcom.

Naturalnie politycy PiS będą bronić bezprecedensowej w Europie obecności państwa w gospodarce i firmach, a nawet przekonywać o wyższości tych państwowych, nazywanych dla usprawiedliwienia tego chorego zaangażowania „strategicznymi”. Można odnieść wrażenie, że tak jak knur Snowball z „Folwarku zwierzęcego” Orwella, który ukuł maksymę „cztery nogi dobre, dwie nogi złe”, ideolodzy obecnego układu władzy uważają, że „państwowe dobre, prywatne złe”. Ale to szkodliwe bajki, co ekonomia udowadniała na tysiącach przykładów przez setki lat.

Niestety, taka sytuacja dołuje warszawską giełdę, na której spółki Skarbu Państwa zdecydowanie dominują. Inwestorzy się na nią raczej nie pchają, w związku z czym dalej jest małą, wysychającą sadzawką zamiast morzem, w którym pomieściłyby się te wszystkie giełdowe rekiny i wieloryby. Najgorsze, że uderza najbardziej w fundusze emerytalne, pracownicze plany kapitałowe oraz setki tysięcy drobnych ciułaczy, którzy zachęcani wcześniej przez państwo do inwestowania w „pewne państwowe papiery” teraz okazali się – nieładnie mówiąc – frajerami, którzy dali się nabrać i oskubać.

Czytaj więcej

Rząd ciągnie giełdę w dół. "Liderom" ciąży ryzyko polityczne