Prof. Norbert Maliszewski, szef rządowego Centrum Analiz, to psycholog społeczny, zręczny spec od badań opinii publicznej i suflowania sprawującym władzę rozwiązań, które owo sprawowanie władzy przedłużą. W wywiadzie „Nie składamy obietnic bez pokrycia” („Rz” z 11.05.2022 r.) sufluje narrację, która ma w korzystny dla władzy sposób wyjaśnić obywatelom przyczyny nadmiernej inflacji, z jaką zmagają się na co dzień.

Przyspieszony wzrost cen trwa już od roku. Urwały się ze smyczy tym, którzy za stabilność polskiego pieniądza odpowiadają: podczas gdy NBP obiecuje inflację na poziomie 2,5 proc. +/– 1 pkt proc., w kwietniu sięgnęła 12,3 proc., z perspektywą wzrostu być może nawet do 17–20 proc.

Dlatego trwa polowanie na winnych tej sytuacji. Aż 40 proc. pytanych przez IBRIS Polaków – jak wynika z badań dla „Rzeczpospolitej” – wini za nadmierny wzrost cen ekipę rządzącą, niemal 36 – kupuje przekaz premiera o „putinflacji”, a 10 proc. nie ma zdania. I o owe 10 proc. walczy prof. Maliszewski. W wywiadzie celuje palcem w Putina, jego przedwojenne machinacje z cenami gazu, ale także w pandemię, zerwane w jej wyniku łańcuchy dostaw i w odłożony popyt.

I wszystko to prawda, tyle że częściowa. Iskra – owszem – przyszła z zewnątrz, ale padła u nas w kraju na wyjątkowo łatwopalne podłoże, przygotowane do spółki przez rząd i bank centralny, o czym już prof. Maliszewski z oczywistych względów nie mówi. Łatwopalne podłoże to efekt prowadzonej od ponad sześciu lat polityki pobudzania wzrostu gospodarczego poprzez konsumpcję, a tej poprzez rozmaite transfery w rodzaju „wyborczej” 13. i 14. emerytury. Z tego powodu nawet w okresie dobrej koniunktury na świecie państwo wydawało sporo więcej niż zarabiało.

W tym samym czasie NBP prowadził sprzyjającą tym wydatkom luźną politykę pieniężną. Inaczej niż za poprzednich RPP i prezesów NBP, w tej kadencji władz monetarnych stopy procentowe były zwykle niższe od inflacji. Tani kredyt dodawał żaru koniunkturze gospodarczej. Inflacja dynamicznie rosła już na początku 2020 r., co przeczy tezie, że przyczyną była pandemia. Ona tylko przesunęła problem w czasie.

Prof. Maliszewski w wywiadzie zapewnił, że nie rekomenduje rządowi kolejnych programów socjalnych. I słusznie, bo działałyby proinflacyjnie. Ale po co w takim razie chwali się równie proinflacyjnym pomysłem z powszechnymi wakacjami kredytowymi dla zadłużonych? I tak muszą dług spłacić, a pieniądze z niezapłaconych rat trafią na rynek, stając się paliwem dla inflacji.

To wszystko w czasie, gdy bank centralny ocknął się z letargu i od jesieni wreszcie robi, co do niego należy. Gdyby prof. Maliszewski był ekonomistą, być może podpowiedziałby rządowi, by ten jednak przestał ciągnąć wóz w przeciwnym kierunku niż NBP, bo to skończy się wyższą inflacją i jeszcze wyższymi stopami procentowymi oraz ratami kredytów. A skoro nie podpowie, to na którego „Putina” zwali wtedy winę w swej narracji?