Szczególnie na tych, którzy – jak niemiecki Daimler – są ze wszystkich stron nęceni ulgami i przywilejami. Nawet politycy, którzy na co dzień nie kryją sceptycznego stosunku do specjalnego traktowania zagranicznych firm, jak przychodzi do negocjacji konkretnej inwestycji – zwłaszcza tak prestiżowej jak Mercedes – ulegają presji i godzą się na wsparcie finansowe. A potem mogą się pochwalić sukcesem.
Chwalą się nim też władze SSE, które w I półroczu br. wydały 106 zezwoleń na realizację projektów za 3,7 mld zł. Brzmi nieźle, chociaż to na razie plany. W jakim stopniu przełożą się na realne inwestycje i miejsca pracy, nie wiadomo. Tym bardziej że w wielu regionach, gdzie działają SSE, rynki pracy są wydrenowane, a firmy muszą ściągać pracowników z Ukrainy.
Jak wynika z raportu resortu rozwoju, na koniec ub.r. w SSE pracowało łącznie ponad 312 tys. osób, a skumulowana wartość inwestycji sięgnęła 111,7 mld zł. Te statystyki zdają się potwierdzać sensowność stref, które miały pomóc przestawić socjalistyczną gospodarkę na eksportowe tory i zwalczyć wysokie bezrobocie. Faktycznie w kilku branżach, z motoryzacją i AGD na czele, to właśnie dzięki strefom staliśmy się eksportowym tygrysem potentatem. Ze zwalczaniem bezrobocia było nieco gorzej. Na SSE przypada ok. 5,5 proc. zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. Krytycy stref, przypominając, że na koniec 2014 r. same zwolnienia z CIT szacowano łącznie na 12 mld zł, twierdzą, że dofinansowane w SSE miejsca pracy są zbyt kosztowne jak na ich jakość. I choć nie unikniemy dalszego wsparcia stref, warto zadbać, by efekt był wart wysokiej ceny.