Pierwsze wnioski taryfowe spółek energetycznych pokazują realną skalę podwyżek cen prądu w przyszłym roku. Przekroczą one znacznie poziom odzwierciedlający inflację i będą rekordowo wysokie. Mają na to wpływ notowania cen energii.

W portfelach spółek energetycznych są też kontrakty niżej wyceniane, ale te zawierane na bieżąco są na tyle drogie, że skala podwyżek jest uderzająca. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki tylko w tym roku rachunki za prąd dla gospodarstw domowych wzrosły średnio o około 10 proc. I lepiej nie będzie. Jak wskazują spółki energetyczne, takie jak Enea, zainteresowanie ich oscyluje wokół wzrostu taryfy o blisko 40 proc., co skutkowałoby wzrostem rachunków o około 20 proc.

Równolegle szykują się podwyżki cen gazu. I to znacznie szybciej, bo jeszcze w IV kwartale. Podwyżka w stosunku do aktualnie obowiązującej taryfy dla wszystkich grup taryfowych wyniesie 7,4 proc. i odbije się na budżetach domowych.

Wysokie ceny energii elektrycznej na rynku są konsekwencją polityki klimatycznej UE, ale także rosnących cen węgla i gazu. Podobnie sytuacja ma się na rynku innych paliw stałych, jak biomasa i m.in. pellet drzewny. Do tego dochodzą takie elementy jak pandemia i jej skutki, inflacja czy koszty utrzymania sieci i dystrybucji energii elektrycznej. Nie bez znaczenia jest też rosnący koszt robót budowlanych. Wzrost cen gazu jest z kolei związany z utrzymującym się od początku roku wzrostem cen gazu na Towarowej Giełdzie Energii, która jest głównym źródłem paliwa gazowego dla PGNiG. Te zwyżki wynoszą w tym roku nawet 234 proc.

Co ciekawe, w gospodarce tak mocno uzależnionej od węgla jak Polska dynamicznie rosnące koszty uprawnień do emisji CO2 bezpośrednio przekładają się na ceny energii elektrycznej. Oprócz prostej rady, by odchodzić od węgla, warto zaapelować do rządzących o jak najsprawniejsze i możliwie najszybsze realizowanie inwestycji w kierunku OZE. Tylko śmiałe inwestycje w odnawialne źródła energii są w stanie trwale uchronić nas przed ryzykiem wysokich jej cen. Teraz należy zrobić wszystko, by w przyszłości te ceny mogły być niższe.

Podpisany 15 września sector deal, czyli kontrakt sektorowy pomiędzy rządem RP a branżą energetyki wiatrowej dotyczący rozwoju morskiej energetyki wiatrowej (tzw. offshore), jest jednym z bardziej śmiałych posunięć rządu w ostatnich latach. Pora na odblokowanie inwestycji w lądową energetykę wiatrową, tak potrzebną przemysłowi, samorządom, a wreszcie wszystkim odbiorcom energii w kraju.

Tylko skoordynowane działania zarówno na lądzie, jak i na morzu pozwolą osiągnąć i wykorzystać pełnię potencjału energetycznego Polski założoną w Polityce Energetycznej Polski 2040. To z kolei pozwoli na rozwój linii bezpośredniej (czyli linii łączącej instalację wytwórczą z instalacją odbiorczą, z pominięciem sieci elektroenergetycznej) realizowanej przez społeczności (spółdzielnie) energetyczne przy wykorzystaniu klastrów energii i tymczasowo odciąży Krajowy System Energetyczny podczas jego gruntownej przebudowy w kierunku OZE.

Ustawa liberalizująca tzw. zasadę 10H (ustawa odległościowa) jest gotowa do przyjęcia przez rząd i skonsultowana ze wszystkimi środowiskami. Wypracowane zostały sprawiedliwe, dojrzałe sposoby lokalizowania inwestycji w turbiny wiatrowe na lądzie. Szanujące zarówno lokalne społeczności, ład przestrzenny, jak i interesy inwestorów. Próżno szukać w legislacji w ostatnim czasie tak długo i tak pieczołowicie przygotowanego dokumentu prawnego.

Czas najwyższy na odważne decyzje i mocny krok w kierunku połączenia ekologii z ekonomią. Należy bowiem zrozumieć, że te dwa pojęcia od dłuższego czasu się nie wykluczają. Aby skutecznie walczyć z ubóstwem energetycznym, należy zdecydowanie postawić na zieloną i tanią energię. Bez oceniania, czy zgadzamy się z unijną polityką klimatyczną, czy nie.

Anna Kornecka, była wiceminister rozwoju