Jedynie co dziesiąty konsument wie, czym jest unijny certyfikat gwarantujący, że oznaczona nim żywność pochodzi faktycznie z produkcji ekologicznej. Cała reszta produktów oznaczanych jako organiczne, zdrowe, bliskie naturze czy pochodzące z czystych ekologicznie obszarów to zazwyczaj zwykłe naciąganie. Po co? Powód jest jeden – taką niby ekologiczną mutację sprzedaje się drożej niż standardowy odpowiednik, a dopóki konsumenci dają się na to nabrać, firmy nie rezygnują z okazji do łatwego zarobku.

Zawsze można przecież dać nazwę choćby przypominającą słowo „bio", choćby „big" – mogę się założyć, że masa konsumentów nie zwróci uwagi na ten drobny szczegół  i uzna, że ten produkt jest lepszy i zdrowszy.

Sposób na walkę z takimi naciągaczami jest jeden – rozwaga i czytanie etykiet. Nikt nie zrobi tego za nas, a już na oszukiwanie na opakowaniu mało która firma się zdecyduje. Zagrożenie karą, choćby Inspekcji Handlowej, jest jednak spore. Aby się nie dać wprowadzić w błąd, trzeba szukać unijnego certyfikatu wyglądającego jak listek – wszelkie inne ozdobniki są równie wartościowe co wybijana w reklamie informacja, że ta konkretna margaryna jest zdrowa, bo nie zawiera cholesterolu – nie może go mieć, podobnie jak każdy inny produkt z tej kategorii powstający z tłuszczów pochodzenia roślinnego. Kreatywność marketingowców nie zna jednak granic, które są stale naciągane.

Dopóki konsumenci sami nie zaczną z tym walczyć, nikt tego za nich nie zrobi - wszystko jest zgodne z prawem, choć z logiką już niekoniecznie.