Sprawa amerykańskiego potentata internetowego Google, który miał nadużyć swojej pozycji na rynku internetowym, może się okazać rekordowa. Za naruszenie unijnego prawa konkurencji Komisja Europejska może bowiem nałożyć na giganta olbrzymią karę finansową. Od postawienia zarzutów do wydania decyzji droga daleka, jednak już samo postępowanie wydatnie uderza nie tylko w finanse, lecz także w wizerunek przedsiębiorcy.
Odpowiedzialność przedsiębiorców wynika głównie z artykułów 101 i 102 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Zakazują one zawierania karteli i innych nieuczciwych porozumień między firmami, a także nadużywania pozycji dominującej na rynku. Jeżeli naruszenia zaistnieją w jednym państwie Unii, to postępowanie prowadzi organ krajowy (w Polsce to UOKiK). Jeżeli sprawa dotyczy większego obszaru UE, to trafia ona do KE.
Postępowanie nie jest proste. Na początku Komisja musi ustalać, czy przedsiębiorstwo będące na jej celowniku rzeczywiście ma pozycję dominującą. W orzeczeniu w sprawie Akzo Trybunał Sprawiedliwości UE stwierdził, że ponad 50 proc. udziałów firmy w danym rynku automatycznie oznacza pozycję dominującą. Jednak na bardziej rozdrobnionym rynku do posiadania takiej pozycji wystarczy nawet 30 proc. udziałów.
Sam fakt bycia podmiotem dominującym nie jest podstawą do wszczęcia postępowania. Karane jest za to jej nadużywanie, co narusza uczciwą konkurencję, np. przez wiązanie produktów lub odmawianie dostaw w celu eliminacji konkurenta.
Jeżeli Komisja po przeprowadzeniu postępowania dowodowego stwierdzi naruszenie przepisów Traktatu, to może nałożyć karę, której górny pułap to aż 10 proc. rocznego globalnego obrotu. Na początku Komisja ustala podstawową wysokość kary, a następnie ją podwyższa lub obniża, w zależności od tego, jakie okoliczności przemawiają za danym rozwiązaniem.