Oto jeden z działających na nim konkurentów, który na skutek popełnionych błędów w zarządzaniu lub zwykłych zaniechań kierownictwa kwalifikuje się do bankructwa, dostaje wsparcie od państwa (czytaj – z kieszeni podatników). Z punktu widzenia jego konkurentów to rażąca niesprawiedliwość – oni przecież utrzymali się na rynku, dokonując często trudnych wyborów i wprowadzając niepopularne rozwiązania .

Nic dziwnego, że taka ingerencja w reguły wolnego rynku podlega ścisłym regulacjom Unii Europejskiej. W innym wypadku wspieranie wybranych przedsiębiorstw czy branż w jednych krajach mogłoby prowadzić do pogorszenia pozycji ich konkurentów pochodzących z innych państw. Dlatego udzielenie pomocy publicznej musi być dobrze uzasadnione, a na beneficjenta często nakładane są ograniczenia, tak żeby zastrzyk pieniędzy podatników przypadkiem nie dał mu możliwości wysforowania się przed trzymających się reguł gry rywali.

Kwestia pomocy publicznej dla Poczty Polskiej budzi w tym kontekście poważne wątpliwości. Po pierwsze, zdumiewająca jest kwota, o którą chce wystąpić rząd. 400 mln zł to ogromne pieniądze, porównywalne do tych, którymi udało się uratować LOT. Tymczasem, jak wynika z wyliczeń samej Poczty, tak naprawdę do zrekompensowania jest zaledwie ok. 6 mln zł. Po co więc występować o kwotę prawie 70-krotnie większą? Jakie naprawdę plany finansowe ma rząd wobec dawnego państwowego monopolisty?

Po drugie, PP ma dostać wsparcie za świadczenie usługi powszechnej, która okazała się dla niej deficytowa. Zgodnie z prawem w takiej sytuacji do jej wykonywania muszą dopłacić Poczcie również inni uczestnicy rynku. W sumie oznacza to, że za nieudolność państwowej firmy nie tylko dostanie ona nagrodę w postaci pomocy publicznej, ale dodatkowo zostaną też ukarani jej prywatni konkurenci.