Uważam, że dramatyzowanie nie ma sensu. Po pierwsze, mamy zbyt dużo wspólnych interesów. Jako Europejczycy musimy się wspierać w obliczu innych wyzwań, których w tym momencie Europie nie brakuje. Po drugie, przyjaźń polsko-francuska ma zbyt długą tradycję, by czysto handlowy incydent rzeczywiście miał na nią negatywny wpływ. Pamiętajmy, że pierwszy sojusz między naszymi krajami sięga do 1525 r. Od tego czasu zawsze żyliśmy w zgodzie. To wyjątkowa sytuacja.
Czyli teraz mamy do czynienia z polityczną grą pozorów?
Tak uważam. I mam nadzieję, że te relacje gospodarcze nie tylko wrócą do punktu sprzed „kryzysu caracali", ale wręcz się pogłębią. W ubiegłym roku Niemcy jako najważniejszy partner handlowy Polski przyjmowały 26 proc. eksportu znad Wisły. Do Francji trafia tylko 7 proc. Jest co nadrabiać.
Mówi pan, że Europa ma ważniejsze problemy niż spór o śmigłowce. Czy stary model Wspólnoty się wyczerpał i Unia rozsypuje się na naszych oczach?
Pamiętajmy, że został on stworzony w latach 90. poprzedniego wieku na bazie liberalizmu gospodarczego. Ta czysto gospodarcza struktura jest przestarzała i niedostosowana do obecnych wyzwań. Europejczykom już nie wystarcza wolny handel na sprawiedliwych zasadach. Nie wystarcza im wolna konkurencja między ich przedsiębiorcami. Oczekują, że Unia będzie gwarantem pokoju, że będzie wzmacniać dobrobyt i rynek pracy. Chcą także, i to jest novum, by UE zapewniała bezpieczeństwo i chroniła granice. Nie sądzę, by Europejczycy byli gotowi zrezygnować z przywileju swobodnego przemieszczania się między krajami. Ale w obliczu zewnętrznych i wewnętrznych problemów żądają, by Unia działała bardziej efektywnie. Aby to było możliwe, Wspólnota musi zyskać nowe kompetencje.
Jakie? Na razie widać niechęć do federalizacji Europy.