Jeśli w lutym Ministerstwo Zdrowia nie przedstawi nowej, akceptowalnej przez stronę związkową propozycji zmian w ustawie o najniższych wynagrodzeniach, pielęgniarki mogą wyjść na ulice?
Tak, jak najbardziej nie wykluczamy protestu. Cała branża jest obecnie zbulwersowana propozycjami Ministerstwa Zdrowia. Zamiast uporządkować ustawę o najniższych wynagrodzeniach i zostawić ją w kształcie, który daje pracownikom poczucie stabilności, wracają pomysły uderzające bezpośrednio w pracowników ochrony zdrowia. Warunki pracy są bardzo trudne, odpowiedzialność ogromna, stres olbrzymi, a mimo to próbuje się sięgać do kieszeni ludzi, którzy wykonują zawód kluczowy dla bezpieczeństwa pacjentów. I bądźmy szczerzy: młodzi ludzie nie garną się do pracy na naszych stanowiskach. Proponowane zmiany zamiast wzmacniać – osłabiają system ochrony zdrowia. To jest nie do przyjęcia.
Co konkretnie w propozycjach resortu tak bardzo zbulwersowało środowisko?
Przede wszystkim złamanie wcześniejszych ustaleń. Naszym warunkiem (strony pracodawców i strony związkowej – red.) przystąpienia do rozmów o ustawie o najniższym wynagrodzeniu było uregulowanie w pierwszej kolejności kontraktów. Po spotkaniu w Naczelnej Radzie Lekarskiej minister Katarzyna Kęcka z tego się wycofała. Jako Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych wydaliśmy komunikat, w którym wskazaliśmy jasno: jeśli odstępujemy od regulowania kontraktów, to odstępujemy również od jakichkolwiek zmian w ustawie o minimalnym wynagrodzeniu. Umawialiśmy się na coś w kwietniu i nie można dziś udawać, że tego nie było. Zostawmy pracowników zatrudnionych na umowę o pracę w świętym spokoju i nie niepokójmy ich.
Czytaj więcej
Kwestie, o których mówi się w przestrzeni publicznej, takie jak rzekomy limit zarobków, nigdy nie...
Ministerstwo tłumaczy, że musi dostosować system do realiów budżetowych. Dlaczego te propozycje są nie do zaakceptowania?
Bo próbuje się traktować pracowników ochrony zdrowia jak budżetówkę, ale bez przywrócenia budżetowych przywilejów. My od 1999 r. nie jesteśmy zakładami budżetowymi. Szpitale są finansowane z Narodowego Funduszu Zdrowia, ze składek obywateli. Odebrano nam trzynaste pensje, wysługę lat, gwarantowane odprawy emerytalne. Jeśli ktoś dziś chce waloryzować nasze wynagrodzenia wskaźnikiem budżetowym, to pytam wprost: czy wracamy do pełnego systemu budżetowego, ze wszystkimi jego zabezpieczeniami? Jeśli nie – to jest to po prostu sięganie do kieszeni pracowników.
Jakie skutki mogą przynieść takie zmiany, jeśli mimo sprzeciwu strony społecznej zostaną one wprowadzone?
Najprostsze i najbardziej niebezpieczne to dalszy odpływ kadr z publicznej ochrony zdrowia. Młode osoby już dziś rezygnują z pracy w szpitalach, bo nie tak wyobrażały sobie ten zawód. I wynagrodzenia mają tu znaczenie: ciężkie warunki muszą być jakoś rekompensowane. Mamy średnią wieku pielęgniarek na poziomie 55 lat, braki personelu i ogromne obciążenie pracą. Jeśli dołożymy do tego niepewność finansową i cofanie stabilnych zasad wynagradzania, to system tego nie wytrzyma. Pacjenci odczują to jako pierwsi.