Przypomnijmy: fundusz powstał, bo Sejm przyjął ustawę o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej. Banki zostały zobowiązane do dokonania wpłaty na fundusz w wysokości proporcjonalnej do wielkości posiadanego portfela kredytów mieszkaniowych dla gospodarstw domowych, których opóźnienie w spłacie kapitału lub odsetek przekracza 90 dni.

Na początku w funduszu uzbierało się 600 mln zł. Ale nie wszyscy ci, którzy zadłużyli się na mieszkanie i nie mają na ratę, mogą się zgłosić po funduszową pomoc do swojego kredytodawcy. Będą mogli z niej skorzystać np. bezrobotni, którzy stracili pracę, ale nie zrezygnowali z niej sami lub zostali wyrzuceni dyscyplinarnie; osoby, których rata przekracza 60 proc. miesięcznego dochodu gospodarstwa domowego, a także ci, którzy mają prawo do świadczeń pomocy społecznej. Beneficjenci nie mogą też mieć innego domu czy mieszkania (także na wynajem) niż to kredytowane oraz wypłacanego ubezpieczenia od utraty pracy.

Wsparcie – nie więcej niż 1,5 tys. zł miesięcznie – może być wypłacane maksymalnie przez 1,5 roku. Jeśli rata jest wyższa, resztę klient banku musi dopłacić. I oczywiście zwrócić otrzymane kwoty – po dwóch latach od zakończenia pomocy trzeba zacząć spłacać nowe długi. Jest na to osiem lat. Dług nie będzie jednak oprocentowany. Jeśli zatem ktoś otrzyma maksymalne wsparcie, czyli 1,5 tys. zł przez 18 miesięcy, będzie winny funduszowi 27 tys. zł. Gdyby je oddawał w miesięcznych ratach przez osiem lat, rocznie musiałby znaleźć ponad 3,3 tys. zł.

Patrząc na wysokość kredytów hipotecznych, jest to niewielka kwota. Ale nakładanie kolejnego zobowiązania na osobę w kłopotach finansowych w wielu przypadkach może się skończyć źle.