PRS kojarzy się z inwestycjami dużych zagranicznych funduszy w największych aglomeracjach. Ogłosiliście, że część inwestycji chcecie zaoferować inwestorom instytucjonalnym: głównie w Szczecinie, a także w Poznaniu oraz mniejszych miastach: Zielonej Górze i rodzimym Gorzowie. Jak wygląda popyt na wynajem w tych mniejszych ośrodkach, liczących poniżej 150 tys. mieszkańców?

Rynek PRS dopiero się w Polsce kształtuje i jest po prostu kwestią czasu, kiedy tego typu inwestycje przestaną być domeną największych aglomeracji i pojawią się w mniejszych ośrodkach. Fundusze faktycznie są zainteresowane projektami w większych miastach, dlatego rozmawiamy głównie o Szczecinie i Poznaniu, ale niejako przy okazji pojawił się temat mniejszych ośrodków. Jako deweloper działamy tam od lat, od lat część mieszkań kupują inwestorzy indywidualni z myślą o wynajmie. Może te miasta są mniejsze, ale rynek najmu jest tam mocny i zwrot z inwestycji jest porównywalny niż w przypadku większych miast, jeśli nie wyższy.

Popyt zapewniają głównie młodzi ludzie, młode rodziny, które mieszkają w okolicach takich miast jak Gorzów czy Zielona Góra. Do tych miast przyciąga ich praca, przede wszystkim specjalne strefy ekonomiczne. To też takie osoby, które odchodzą od modelu polegającego na konieczności posiadania swojego własnego mieszkania, które są bardziej mobilne. W tej chwili zapotrzebowanie na wynajem jest jeszcze większe, bo są osoby, które w obecnych warunkach nie mogą lub nie chcą zaciągać kredytu, mieliśmy też napływ uchodźców z Ukrainy. Rynek najmu jest silny od lat i od lat klienci indywidualni kupują mieszkania, by je wynajmować. Zapotrzebowanie jest tak duże, że potencjał finansowy tych osób nie wystarczy do jego zaspokojenia. Dlatego wyszliśmy z ofertą do graczy instytucjonalnych.

Rozwój PRS w Polsce to trochę bajka o żurawiu i czapli. Deweloperzy nie byli chętni sprzedawać funduszom, bo był silny popyt Kowalskich. Dziś jest odwrotnie – deweloperzy są chętni, a fundusze kręcą nosami.

W czasie boomu sami nie rozmawialiśmy z funduszami, bo ledwie nadążaliśmy z zaspokajaniem popytu nabywców detalicznych. Dziś faktycznie jest pole do rozmów z inwestorami instytucjonalnymi. Zakładamy, że rynek detaliczny w perspektywie dwóch lat się uspokoi, dlatego to dobry moment, by poszerzyć kanały sprzedaży. Generalnie idziemy z inwestycjami zgodnie z planem, uruchamiamy kolejne, niczego nie opóźniamy – po prostu nie wprowadzamy tych projektów do sprzedaży. Mamy czas, by rozmawiać z funduszami PRS oraz różnego rodzaju innymi inwestorami zainteresowanymi najmem. Opcji jest wiele: możemy sprzedać paczki mieszkań, kilka klatek czy całe budynki.

Zobaczymy też jak ukształtuje się sytuacja na rynku detalicznym. Kto wie, może sytuacja na rynku kredytów się ustabilizuje, może rząd wprowadzi jakieś udogodnienia.

Budnex buduje głównie w północno-zachodniej Polsce. Jesteście też obecni nad Bałtykiem, w Kołobrzegu i Dziwnowie. Jak tam wygląda popyt – czy nastawiacie się tam na nabywców bardziej turystycznych?

Nad morzem jesteśmy już dosyć długo z marką Porta Mare i w tym momencie apartamenty sprzedają nam się „z polecenia”. Klienci kupują mieszkania inwestycyjnie, z możliwością wynajmowania głównie w sezonie, jednocześnie mogą z nich korzystać w dowolnym momencie, kiedy mają taką potrzebę. Tego typu zakupy zdecydowanie stały się popularne po wybuchu pandemii.

W ofercie wasza grupa ma też domy – czy popyt na nie jakoś się zwiększył?

Nasza spółka córka buduje domy w okolicach Gorzowa i rzeczywiście obserwujemy wzrost zainteresowania. Czasem jest tak, że osoby, które wcześniej kupiły u nas mieszkanie, decydują się na współpracę przy budowie domu.