275 lat temu, 18 grudnia 1737 roku, zmarł Antonio Stradivari. Tekst z archiwum Uważam Rze

Chyba każdy lutnik na świecie marzy o zrobieniu instrumentu dającego się porównać ze stradivariusem. Nie tylko dlatego, że oryginalne dzieła żyjącego na przełomie XVII i XVIII w. włoskiego mistrza z Cremony – Antonia Stradivariego – osiągają zawrotne ceny na aukcjach. Przede wszystkim chodzi o magię niezwykłego brzmienia – czystość oraz pełnia głosu tych skrzypiec od lat uchodzą za wyjątkowe.

Spełnienie owych marzeń właśnie stało się możliwe. Profesor Francis Schwarze ze szwajcarskiego instytutu Empa oraz lutnicy Martin Schleske i Michael Rhonheimer stworzyli skrzypce, które w testach z udziałem ekspertów zostały uznane za stradivariusy. Teraz, dzięki hojności prywatnego sponsora – Walter Fischli Foundation – zamierzają uruchomić ich masową produkcję. Chcą, by trafiły one w ręce uzdolnionej młodzieży, aby mogła ona doskonalić swoje umiejętności na najlepiej brzmiących instrumentach świata.

Jak jednak zespołowi Schwarzego udało się to, czego inni od lat próbowali, czyli rozgryźć zagadkę stradivariusów? Kluczem do jej rozwikłania okazały się być analizy drewna, z którego Włoch robił swoje instrumenty. Oczywiście już wcześniej podejrzewano, że to dzięki niemu skrzypce brzmią wyjątkowo, ale współczesna nauka przeniosła dysputę na ten temat na zupełnie inny poziom.

Dotychczasowe tłumaczenia fenomenu stradivariusów miały bowiem podłoże wręcz magiczne: według niektórych legend materiał na skrzypce miał zostać wykradziony z pradawnych katedr, inne sugerowały, że w pokoście i innych specyfikach, którymi konserwowano instrumenty, znalazły się niecodzienne, „tajemnicze" składniki.

Brzmienie z epoki lodowcowej

Ta ostatnia teoria wciąż cieszy się pewną popularnością wśród naukowców. Jej twórcą jest emerytowany profesor biochemii i biofizyki Joseph Nagyvary z amerykańskiego Texas A&M University, który zajmuje się badaniem skrzypiec Stradivariego od kilkudziesięciu lat. W 2006 r. opublikował w prestiżowym tygodniku „Nature" pracę, z której wynikało, że stradivariusy są nasączone jakąś niezidentyfikowaną substancją. Zagadka dziwnych chemikaliów wyjaśniła się trzy lata później, kiedy w „PloS ONE" opublikowano ich analizę spektrograficzną. Głównym składnikiem tajemniczej substancji okazał się być boraks rodzimy – minerał składający się głównie z uwodnionego boranu sodu. – Boraks ma długą historię jako środek konserwujący, w procesie mumifikacji używali go już starożytni Egipcjanie – komentował odkrycie prof. Nagyvary. Schwarze poszedł jednak zupełnie innym tropem i zamiast zaprzęgać nowoczesne technologie do analizy środków zabezpieczających drewno, postanowił przyjrzeć się bliżej samemu drewnu. A to okazało się być wyjątkowo ciekawe. Po pierwsze świerki i klony, z których Stradivari robił skrzypce, pochodziły z jego rodzinnych stron. Po drugie drzewa te rosły za jego życia, czyli w latach 1644–1737.

Dlaczego jednak ponadtrzydziestoletnie drewno z okolic Cremony ma takie wyjątkowe właściwości? Na to pytanie już w 2003 r. próbowali na łamach czasopisma „Dendrochronologia" odpowiedzieć Henri D. Grissino-Mayer z University of Tennessee i Lloyd Burckle z Columbia University. Według nich za wszystko odpowiada tzw. Minimum Maundera – obserwowane w latach 1645–1715 zjawisko zmniejszonej aktywności słonecznej, któremu towarzyszyło znaczne ochłodzenie klimatu.

– Większość Europy doświadczyła tzw. małej epoki lodowcowej w latach 1400–1800. Jej szczyt przypadł właśnie na lata 1645–1715 – opowiadał w rozmowie z „National Geographic" Henri D. Grissino-Mayer. Długie, mroźne zimy i wyjątkowo krótkie, chłodne lata znacząco spowolniły wzrost drzew, które rosły wtedy najwolniej na przestrzeni ostatnich 500 lat.

To właśnie powolny, ale stały wzrost przełożył się według prof. Schwarzego na wyjątkowe właściwości drewna pozyskiwanego w tym okresie na terenie północnych Włoszech. Przede wszystkim miało ono wyjątkowo niską, ale jednocześnie bardzo równomierną gęstość, którą potwierdziły analizy przeprowadzone przez holenderskich naukowców z Medycznego Centrum Universiteit Leiden (w trakcie badań wykorzystano tomograf komputerowy oraz specjalny program stosowany do oceny gęstości tkanki płucnej). Takie drewno o niewielkiej gęstości ma bardzo wysoki współczynnik sprężystości i sprawia, że rezonujący w nim dźwięk osiąga wysoką prędkość. Profesor Schwarze stwierdził, że te właśnie właściwości odpowiadają za fenomenalne brzmienie stradivariusów.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Fenomen mykodrewna

Szwajcarski uczony postanowił jednak sprawdzić, czy tę hipotezę da się potwierdzić. Tylko jak sprokurować drewno o wyjątkowo niskiej gęstości 300 lat po zakończeniu Minimum Maundera? Z pomocą prof. Schwarzemu przyszły grzyby: zmiennoporek szklisty (Physisporinus vitreus) i próchnilec długotrzonkowy (Xylaria longines). – Normalnie grzyby (w trakcie procesu rozkładu – przyp. red.) zmniejszają gęstość drewna, ale w tym samym czasie, niestety, zmniejszają też prędkość, z jaką fale dźwiękowe przemieszczają się przez nie – wyjaśnia prof. Schwarze. Te jednak są inne. – Stopniowo rozkładają ściany komórek, tak, że stają się one coraz cieńsze. Nawet w końcowych etapach procesu pozostawiają jednak sztywne rusztowanie, przez które dźwięk może swobodnie się przemieszczać – mówi uczony. Cała procedura produkcji mykodrewna (przedrostek „myko-" wywodzi się z greki i oznacza grzyby) trwa kilka miesięcy. Na koniec wystarczy użyć tlenku etylenu – gazu trującego dla zmiennoporka i próchnilca. Co ważne, po takiej „kuracji" drewno jest równie elastyczne oraz odporne na obciążenia jak na samym początku i bez problemu może zostać wykorzystane przez lutnika.

Otrzymane przez Schwarzego mykodrewno (ze świerku i jaworu) zostało poddane najcięższej z możliwych prób: trafiło w ręce producentów instrumentów Martina Schleskego i Michaela Rhonheimera, którzy przerobili je na dwoje skrzypiec. Następnie stanęły do zawodów z autentycznym stradivariusem i... wygrały. W trakcie testu słynny brytyjski skrzypek Matthew Trusler schowany za kurtyną grał na pięciu różnych instrumentach, dwojgu „normalnych" skrzypcach, dwojgu mykoskrzypcach i własnym stradivariusie. Zgromadzona na sali publiczność liczyła 180 osób i składała się w dużej mierze z muzycznych ekspertów. 90 słuchaczy uznało, że najlepiej brzmiącym instrumentem były jedne z mykoskrzypiec – te, które zostały zrobione z drewna poddawanego działaniu grzybów dłużej –  aż dziewięć miesięcy. Stradivarius był drugi – zebrał 39 głosów. Co ciekawe, aż 113 osób było przekonanych, że owe mykoskrzypce to w rzeczywistości oryginalne dzieło lutnika z Cremony.

Zapowiedź rewolucji

Zachęcony sensacyjnymi wynikami testów prof. Schwarze zaczął szukać środków, które pozwoliłyby na rozpoczęcie masowej produkcji współczesnych stradivariusów. Udało mu się zwrócić uwagę bogatego sponsora – Waltera Fischli, szwajcarskiego biochemika, jednego z założycieli koncernu farmaceutycznego Actelion. Otrzymane pieniądze pozwolą Schwarzemu na ustandaryzowanie metody wytwarzania mykodrewna. Ponieważ produkcja tego materiału zabiera trochę czasu, podobnie zresztą jak zrobienie instrumentów, pierwsza partia 30 egzemplarzy ma być gotowa jesienią 2014 r.

Według Horsta Hegera z konserwatorium w Osnabrücku współczesne stradivariusy mogą zrewolucjonizować muzykę klasyczną.

– W przyszłości każdy utalentowany młody skrzypek będzie mógł sobie pozwolić na instrument o identycznym brzmieniu jak niemożliwie drogi stradivarius – mówi Heger. A wówczas wartość dzieł mistrza z Cremony będzie już wyłącznie kolekcjonerska.

Październik 2012

W poszukiwaniu idealnych skrzypiec

Lutnik Antonio Stradivari (1644–1737) – wywodził się z Cremony – niewielkiego miasta położonego w północnych Włoszech. To właśnie tam około 1550 r. powstały pierwsze w historii skrzypce. Zbudował je Andrea Amati, czerpiąc inspirację ze starszych instrumentów strunowych. Stradivari uczył się fachu w warsztatach jego wnuka – Nicoli. Ocenia się, że w ciągu swojego długiego życia zrobił około 1000 skrzypiec, z których do czasów obecnych przetrwało 500–600 (pochodzenie nie wszystkich jest pewne). Już w XIX w. marzeniem wielu lutników było stworzenie idealnych kopii tych instrumentów. Jednym z nich był zmarły w 1875 r. Francuz Jean-Baptiste Vuillaume. W swoich zbiorach miał 24 stradivariusy. Nie tylko je kopiował, ale także naprawiał, oraz konserwował. Powszechnie uważa się, że większość z istniejących dziś barokowych skrzypiec przeszła przez jego warsztat. Według Colina Gougha z University of Birmingham i jego pracy zamieszczonej w „Physics World" poprawki oraz reperacje Vuillaume'a sprawiły, że instrumenty te brzmią obecnie nieco inaczej niż wcześniej – ich dźwięk jest mocniejszy i bardziej czysty.