Obejmując Filharmonię Narodową w 2019 roku, powiedział pan, że dobrze jest mieć orkiestrę, z którą można dłużej pracować, by razem z nią się rozwijać. A zaraz potem przyszła pandemia.

Mój drugi sezon, ten, który mogłem już w pełni programować, wymagał więc gruntownych zmian. Ale czas, jaki spędziłem wtedy, spełnił wszystkie moje oczekiwania. Co więcej, orkiestra okazała się jeszcze lepsza, niż sądziłem z wcześniejszych z nią, gościnnych kontaktów dyrygenckich. A zmiany planów dały mi unikatową możliwość pracy w mniejszych zespołach grup poszczególnych instrumentów. Przyniosło to korzyść i mnie, i orkiestrze.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło?

Na skutek pandemii zyskałem coś, czego się nie spodziewałem, a co będzie miało wpływ w przyszłości i na to, jak muzycy będą dalej pracować, słuchając siebie nawzajem. To bardzo ważne, gdy orkiestra gra w pełnym składzie. A to, z czego musieliśmy zrezygnować, uległo po prostu przeniesieniu na inny czas, ale nieodległy.

Można już planować perspektywicznie?

Jest taki dowcip: „Jak można rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedzieć mu o swoich planach". Planowanie jest trudne, na przykład nasze wyjazdy zagraniczne pozostają w zawieszeniu, a niektóre musiały zostać odwołane. Na razie pozostaje aktualna podróż do USA, choć w okrojonych terminach. Wierzymy, że dojdzie do skutku.

Trzeba dziś reagować elastycznie?

Planujemy, ale ze świadomością, że muszą być propozycje zastępcze, jeśli coś nie może dojść do skutku. Paradoksalnie jest w tym pewien plus, mogę wówczas w Warszawie zagrać coś, co zakładałem, że stanie się za jakiś czas. Nie było wyjazdu Filharmonii Narodowej do Japonii z laureatami konkursu chopinowskiego, bo organizatorzy nie byli w stanie pokryć kosztów kwarantanny dla dużego zespołu, ale skoro zostajemy w Warszawie, możemy więc wykonać nowy, bardzo ciekawy koncert potrójny Sofii Gubajduliny. Ta znakomita kompozytorka odchodzi 90. urodziny i taką datę należy zauważyć.

A pomysły na 120-lecie Filharmonii Narodowej też trzeba było zmieniać?

To bardzo ważny dla nas jubileusz. Chcę, żeby był okazją do spojrzenia na jej przeszłość, by pokazać, czym była Filharmonia od pierwszego koncertu poprowadzonego przez Emila Młynarskiego w 1901 roku z solistą Ignacym Janem Paderewskim. Chciałem wrócić do II Rzeczpospolitej, bo według mnie w latach 1919–1939 działo się tyle ciekawych rzeczy w Warszawie, że była ona drugim Paryżem. A potem był okres wojenny i czas odbudowy samego gmachu i życia muzycznego. Chcemy zagrać na koncertach utwory ze wszystkich tych okresów.

W muzyce dwudziestolecia międzywojennego ciągle jest wiele rzeczy do odkrycia.

W naszej świadomości muzyka polska to Chopin, a na nagraniach czy afiszach koncertowych na świecie muzyka polska to wiek XX, Szymanowski, Lutosławski, Penderecki, Górecki, ale też Grażyna Bacewicz, Aleksander Tansman lub Mieczysław Wajnberg, którym 20 lat temu mało kto w kraju się interesował. W najmłodszej generacji też jest wiele bardzo ciekawych nazwisk, choćby obecnie rozchwytywana Agata Zubel. Dużo jest do zrobienia w promocji muzyki polskiej.

I bardzo poważnie do tego podchodzę. Na naszych afiszach pojawił się choćby urodzony w Łodzi w 1900 roku Paul Klecki. Wydaliśmy płytę z jego Sinfoniettą, to moim zdaniem utwór wręcz genialny. Planujemy światową premierę jego Capriccia, nigdy nie było ono wykonane. Przygotowujemy światową premierę fonograficzną koncertu skrzypcowego Andrzeja Czajkowskiego. Kilka zagranicznych orkiestr ma w planach wykonanie tego utworu, ja będę dyrygował nim w Berlinie. Interesuje mnie muzyka Stanisława Skrowaczewskiego. Pamiętamy o pierwszym dyrektorze Filharmonii Emilu Młynarskim, wyszukuję jego nieznane utwory, w czym pomaga mi jego praprawnuk.

Pana zdaniem Filharmonia Narodowa powinna być miejscem, gdzie kompozytor potwierdza swoją wartość?

Filharmonia Narodowa powinna być otwarta dla wszystkich nurtów muzycznych, poza tą typowo rozrywkową, choć i ona raz na jakiś czas może tu zaistnieć. W Filharmonii powinno być więcej muzyki barokowej, o co już się staramy, bo jest bardzo popularna. Chcemy też udostępnić sale dla zespołów zajmujących się muzyką najnowszą, inną od tej z festiwalu Warszawska Jesień, może powinno być tu też miejsce na spotkanie muzyki neofolkowej z dawną. Chciałbym proponować też wyjście poza koncertowy schemat, przyciągnąć innych. Myślimy o cyklu koncertów dla bardzo przyszłych słuchaczy, czyli dla kobiet w ciąży, by dziecko już w stanie prenatalnym mogło słuchać muzyki, która bardzo pomaga w rozwoju. Chcę wprowadzić nocne koncerty, bo dla wielu ludzi noc jest czasem aktywności, a nie mają dokąd pójść. Moglibyśmy grać na przykład muzykę związaną z ciszą, może Johna Cage'a, Mortona Feldmana albo Steve'a Reicha, coś, w co trzeba się wsłuchiwać. Dla młodych ludzi muzyka XIX wieku jest rodzajem pięknego tła, ale ich inspiruje i pobudza muzyka między dźwiękiem a ciszą, szmerem czy elektroniką.

Pan jest znany z takich poszukiwań programowych.

Dużo dyryguję za granicą i wszędzie podglądam różne pomysły. Nie lubię koncertów typu „Butterbrot": między dwa popularne utwory wkłada się coś nieznanego lub nowoczesnego. To kompromis, a wtedy nikt nie jest w pełni usatysfakcjonowany. Lepiej zrobić jeden koncert standardowy, a drugi śmiały. Planów mamy dużo i jest we mnie optymizm, bo nawet w najtrudniejszych momentach, gdy mogliśmy sprzedawać 25 procent biletów, ludzie do nas przychodzili.