W pierwszych dniach kwietnia 1994 r. opinię publiczną bardziej zainteresowało samobójstwo Kurta Cobaina niż rzeź w małym afrykańskim kraju. W ostatnich latach świat odrabia tę zaległość: ludobójstwo w Rwandzie stało się jednym z najważniejszych tematów dla reportażystów. Kolejną pozycją z tego nurtu jest "Sezon maczet" Jeana Hatzfelda.
To ostatnia część rwandyjskiej trylogii Francuza ("Strategia antylop" i "Nagość życia. Opowieści z bagien Ruandy"). Aby dopełnić obraz wydarzeń, autor tym razem oddaje głos sprawcom. Grupa znajomych z prowincjonalnego powiatu Nyamata – podobnie jak inni mężczyźni Hutu w całym kraju – przez kilkadziesiąt dni mordowała swoich sąsiadów z plemienia Tutsi; także ich żony i dzieci.
W roku rzezi najmłodszy sprawca miał 20 lat, najstarszy 62. Wcześniej wszyscy zajmowali się uprawą roli i niczym szczególnym się nie wyróżniali. Do 1994 r. nawet nie okazywali agresji ani nienawiści wobec Tutsi.
Hatzfeld przeprowadzał z nimi długie rozmowy w więzieniu. Próbował zrozumieć, dlaczego pewnego dnia zamiast na pola, wszyscy bez większego sprzeciwu poszli zabijać. Nawet nie zmienili narzędzi – maczetami posługiwali się na co dzień przy ścinaniu roślin. Hatzfeld nie skupia się na naturalistycznych opisach morderstw. Siłą rzeczy znajdują się one w relacjach, ale najbardziej poruszająca jest postawa sprawców.
Uderza brak empatii, a chwilami nawet żal, że "się nie udało" i to oni zostali pogrążeni i ukarani. O zabijaniu mówią językiem technicznym, pozbawionym uczuć. Równowagę wprowadza do tych relacji autor, przypominając, że nie oni są ofiarami. Pozwala im mówić swobodnie, zaznaczając, gdzie mijają się z prawdą. Jedni wyrażają żal, inni racjonalizują swoje czyny. Każdy mówi o cierpieniu, ale... własnym. Przedstawiają solidarność w zabijaniu i brak ludzkich odruchów. Żaden nie zastanawia się nad uczuciami ani cierpieniami Tutsi.
Hatzfeld nie szuka prostych odpowiedzi. To największa siła tej książki. Pozostawia pustkę, z którą czytelnik sam musi się zmierzyć.
Ludobójstwo w Rwandzie, podobnie jak Holokaust, przekracza możliwości naszego poznania i ciężko zrozumieć jego źródła. Masakry nie dokonały jednostki, lecz cała społeczność. W relacjach oprawców powtarza się to samo usprawiedliwienie – wszyscy Hutu mają krew na rękach. Najmniejszy przejaw litości był uznawany za słabość i zazwyczaj kończył się śmiercią. Jeśli ktoś nie zabijał, to grabił puste domy. A potem spotykali się, by porozmawiać przy piwie Primus.