Litery wiją się, kręcą, pełzają. Wyglądają jak pętelki, kołyski, trójkąciki z zaokrąglonymi końcami, laski, haczyki, ząbki znaczków, zygzaki.
We wtorek, 21 lutego, w warszawskim klubie Wrzenie Świata
spotkanie z autorem książki
i pokaz slajdów z Libii Kuby Kamińskiego. Spotkanie poprowadzi Bartosz Węglarczyk.
Niestworzone dla ołówków i długopisów, raczej dla pędzli czy umaczanych w farbie szabli. Do tego pełno kropek, przecinków, kreseczek, fathy, dammy, kasry, sukuny, szaddy; niektóre pojawiają się tylko w podręcznikach dla dzieci i obcokrajowców. I w Koranie, święta księga nie może pozostawiać wątpliwości. W gazetach, książkach, telewizji, na szyldach i billboardach znikają, jeszcze bardziej utrudniając ludziom Zachodu wejście w arabski świat. Świat opisywany od prawej do lewej. Świat, w którym ośmiokątny czerwony znak drogowy zamiast znajomego STOP ma dwie pętle z długim poziomym haczykiem, nad jedną dwie kropki, nad drugą jedna. Świat, w którym w reklamie coca-coli brakuje charakterystycznych liter. Świat, gdzie Europejczyk nieoswojony z falującym w odwrotnym kierunku alfabetem nie rozpozna tańszego hotelu, przychodni, biblioteki. A co dopiero mówić o zrozumieniu arabskiej duszy.
W ten świat wprowadza mnie Naima, 29-letnia nauczycielka w centrum językowym w Tetuanie w północnym Maroku, szczupła brunetka o subtelnych rysach twarzy. Pierwszy wyraz: babun, z długim a. Hada babun. Naima pokazuje drzwi. Dobry początek. I skojarzenie, że po odrzuceniu końcówki to ten sam bab znany z nazw wielu ważnych bram w świecie muzułmańskim, od Bab al-Jaman w Sanie po damasceńską Bab Kisan. – Ana ismi Naima – przedstawia się. – Ma ismuka? – Ana ismi Jerzy – odpowiadam.
Uczę się w nietypowym miejscu. Z okna widać plac Mulaj Mehdiego z monumentalnymi budynkami w stylu hiszpańsko-mauretańskim, niektórzy wciąż zwą go Plaza Piano, jak w czasach, gdy Tetuan był stolicą hiszpańskiego protektoratu. Starsi mieszkańcy trzystutysięcznego miasta, położonego 10 kilometrów od brzegu Morza Śródziemnego, u stóp gór Ar-Rif, wspominają początek lat pięćdziesiątych, tuż przed odzyskaniem niepodległości przez Maroko, gdy miejscowa drużyna piłkarska Atletico Tetuan grała w pierwszej lidze hiszpańskiej i przyjmowała na miejscowym stadionie madrycki Real. Dziś ich synowie i wnuki spędzają długie godziny przed telewizorami w kawiarenkach, z zapartym tchem kibicując Realowi lub Barcelonie. A w sklepach i na straganach kupują podróbki koszulek Messiego i Cristiana Ronaldo.
To niezwykłe jak na kraj muzułmański miasto – czas nauki odmierza nam bicie dzwonu z katolickiego kościoła, w tym miejscu tak naturalne jak ostatnio dla wielu Hiszpanów czy Francuzów śpiew muezina z zachodnioeuropejskiego meczetu.
To zbudowany 85 lat temu, w czasach protektoratu, kościół Nuestra Senora de las Victorias, czyli pod wezwaniem Matki Boskiej od Zwycięstw. Wybijanie rytmu dnia tysięcy wyznawców islamu przez kościelne dzwony to zwycięstwo wiary niezależnej od wyznania, niedzielna msza święta nie ma jednak nic z nastroju triumfu, uczestniczy w niej kilka sędziwych Hiszpanek, garstka turystów i tuzin gastarbeiterów z Czarnej Afryki.
W centrum Tetuanu, pełnym kolonialnych białych dwu-, trzypiętrowych domów z zielonymi okiennicami, przybysz ze świata nieznającego arabskiego alfabetu nie czuje się zagubiony. Na głównym deptaku, gdzie w nos gryzie pochodzący z obwoźnych kuchni zapach gotowanych ślimaków podawanych w maleńkich miseczkach, napisy są i francuskie jak w całym Maroku, którego elity traktują ten język jako drugi po arabskim, i po hiszpańsku, co już charakterystyczne tylko dla śródziemnomorskiego wybrzeża. Na herbatę i kawę wpada się do salon de thé czy do café, na ciastka i paszteciki do patisserie i pasteleríi. Piekarnie ograniczają się do nazwy panaderia, hiszpańskie są też nazwy kin Espanol i Avenida. Najbardziej wszechstronne lingwistycznie są kantory z napisem as-sarf/cambio/change/exchange/Wechsel skupujące euro za 11,05 dirhama.
Inny świat to dostępne tylko dla członków kluby, w których bogatsi Marokańczycy w swoim dobranym towarzystwie czytają gazety, siedząc na skórzanych kanapach. Kluby te mają szyldy wyłącznie po arabsku. Inny świat to też rozłożone na środku deptaku, wprost na bruku, tanie zegarki, dresy, buty, torby, do których kupna sprzedawcy zachęcają w miejscowym dialekcie.
I bogaci, i biedni, i ci w garniturach, i ci w przetartych dżellabach stają na baczność, jeden obok drugiego, gdy ulicą przechodzi kondukt żałobny. Kilkudziesięciu mężczyzn, śpiewając smutną pieśń, idzie za prostą trumną zbitą z desek, przykrytą zielonym dywanikiem. Niosą ją na cmentarz, na tyły ogrodzonej kilkusetletnimi murami medyny. Tu na świat przychodzi się wśród kobiet, a odchodzi w towarzystwie mężczyzn.
Król Mohammed VI, z najdłużej panującej w świecie arabskim dynastii Alawitów, patrzy na Tetuan z portretów w urzędach i sklepach, z billboardów, zdjęć na straganach z telefonami komórkowymi, obrazów wiszących w recepcjach hoteli, stylizowanych na staroświeckie, i z szalików dla fanów narodowej drużyny piłkarskiej. Patrzy też często osobiście, spędza bowiem w Tetuanie kilka tygodni w roku. Obchodzi tu nawet Święto Tronu, 30 lipca, w rocznicę przejęcia władzy. W ubiegłym roku fajerwerki strzelały przez kilka godzin nad pałacem królewskim, było je widać kilkanaście kilometrów od Tetuanu. – Król kocha północne Maroko, a północne Maroko kocha króla. Bo my przez lata byliśmy marginalizowani, zapomniani, a on to zmienił – mówi Mohammed Benabud, profesor historii na miejscowym uniwersytecie Abdelmaleka es-Sadiego. Trzy razy miał zaszczyt spotkać się z królem i z każdego ze spotkań wracał z przekonaniem, że monarsze leży na sercu los Tetuanu. Zdjęcia z pierwszego spotkania wiszą w siedzibie stowarzyszenia walczącego o ratowanie tetuańskiego starego miasta, medyny, któremu przewodniczy Benabud. Widać na nich, jak starsi mężczyźni całują znacznie młodszego monarchę w dłoń. – To wyraz najwyższego szacunku, tak jak wobec własnych dziadków – tłumaczy z zakłopotaniem 61-letni profesor.
To od Mohammeda Benabuda po raz pierwszy słyszę, jak to król reformuje kraj wraz z grupą oddanych młodych doradców: dba o naród, ale przeszkadzają mu w tym urzędnicy różnych szczebli, niektórzy ministrowie w ogóle nic nie robią, a na dodatek swoje interesy wbrew narodowi realizują wielkie przedsiębiorstwa.
Potem z zachwytem o Jego Wysokości opowiada mi Mustafa, obyty w świecie Zachodu 50-latek, poliglota i filolog. O tym, jak Mohammed VI wymyka się nocami ze swojego pałacu przylegającego do tetuańskiej medyny, siada za kierownicą samochodu, ucieka pilnującym go policjantom i bocznymi uliczkami wraca do centrum miasta, by wsłuchać się w problemy najbiedniejszych poddanych. Podchodzi do tych, którymi się nikt nie interesuje. Podaje rękę żebrakom spędzającym noc na kartonach i karłom w obdartych ubraniach. Słucha, słucha, słucha, a na jego twarzy maluje się troska. Czasem przyjmuje listy ze skargami na złych urzędników, którzy nie rozumieją, po co powierzono im stanowiska. Zdarzało się, opowiada Mustafa, że po takim spotkaniu oficjele natychmiast tracili stanowisko. Po jednym telefonie z pałacu oburzonego króla.
Siedzę w herbaciarni i liczę kobiety przechadzające się po deptaku. Oddzielnie te w hidżabach, oddzielnie te z odsłoniętymi włosami. Z tymi pierwszymi ledwie sobie radzę, tyle ich jest. Na dodatek liczenie po arabsku to trudna sztuka. Co chwilę sprawdzam nazwy w zeszycie. Razem z tą grupką dziewczyn w chustach w różnych odcieniach różu i fioletu będzie sto piętnaście, mia wa hamsata aszara. Ale towarzyszy im koleżanka wciśnięta w dżinsy i dumnie prezentująca niczym nieprzykryte długie, gęste czarne włosy. Takich mam dwadzieścia osiem, tamanija wa iszrun. Ciągle suną kobiety, rozmawiają, zaglądają do sklepów, ale nie siadają w kawiarniach. Mustafa, dwukrotny rozwodnik, postrzegający współczesne marokańskie niewiasty jak maszynki do wyciskania pieniędzy i kosztowności z mężczyzn, tłumaczy, że nie przystoi im wysiadywanie na widoku. Chętnie pojawiają się natomiast w lokalach wyższej klasy, bo tam jest czysto, smacznie i nikt się nie gapi. Ja wciąż się gapię na te, co chodzą po bulwarze Mohammeda V. Chusty noszą różnie, młodsze zazwyczaj zalotnie owijają nimi kok z włosów, co sprawia wrażenie, jakby miały wydłużone głowy. Starsze wiążą je pod szyją i pozwalają, by chusta luźno zwisała na plecach. Mam już w notesie trzysta siedemdziesiąt cztery w hidżabach, talatumia wa arba wa sabun. Tych bez chust ponad trzy razy mniej. I dodatkowo cztery z zasłoną na twarzy, o której w krajach Półwyspu Arabskiego mówi się nikab, a tutaj ltam. Nie ma problemu z pojawianiem się w chustach w pracy, w szkołach, urzędach. W tej sprawie jest pełna wolność, zachwala Mustafa, nikt nie wpadł na pomysł zakazu, jak niegdyś w Tunezji czy Turcji.
Naima nie zasłania czarnych włosów, związuje je w kucyk gumką w pastelowym kolorze, codziennie innym. Zwykle ubiera się po europejsku, ale w piątki wkracza do klasy w dżabadorze, marokańskiej sukni z kapturem, kończącej się tuż nad kolanem. Jest kremowa z delikatnymi różowymi i pomarańczowymi wzorkami, obszyta koronką w ostrej barwie lila. Piątek nie jest dniem wolnym w szkole, w przeciwieństwie do soboty i niedzieli, ale to dla miejscowych dzień świąteczny. Zaraz po południu nauczyciele się modlą, mężczyźni w pobliskim meczecie, a potem zasiadają wraz z uczniami, tak jak z rodziną, do wielkiej misy z kuskusem popijanym lebenem, tłustym napojem mlecznym. Kuskus, drobniutki żółty makaron z pszenicy, kulinarny wynalazek bardzo licznych w Maroku Berberów, przygotowała sędziwa Lalla Fatma, zawodowa kucharka z tetuańskiej medyny. Dodała do niego marchwi, rzodkwi, cebuli, kapusty, trochę wołowiny. Lalla to w zasadzie tytuł wysoko urodzonych kobiet, noszą go siostry i córka króla, ale używa się go też wobec szanowanych niewiast niezależnie od ich pochodzenia i wykształcenia.
Na lekcji omawiamy literę rajn, wibrujące francuskie r. Metelen, daje przykład Naima, razalatun. Gazela. Gazelami Tahar Ben Jelloun, marokański powieściopisarz mieszkający we Francji i piszący po francusku, nazywa młodziutkie kobiety, których matkom matki nieznanych mężczyzn proponowały małżeństwo. W czasach, gdy nie były tak pewne siebie, jak w opisach Mustafy, w pierwszej połowie XX wieku. W hammamie w Fezie „jakaś starsza kobieta podeszła do matki i poprosiła ją o trochę rasulu", opowiada Ben Jelloun w powieści „O mojej matce" (w przekładzie Jolanty Kozłowskiej, Warszawa, Wydawnictwo Dialog, 2010). „Niech Bóg zachowa tę gazelę o niezwykle białej skórze i pięknych, długich włosach. Tak się mówi, gdy się składa propozycję małżeństwa". W tej łaźni odbywały się potem przygotowania piętnastoletniej panny młodej do ślubu z mężczyzną, którego nie widziała na oczy. „Jedna rada dla naszej ślicznej gazeli, która będzie jutro ofiarowana swojemu mężczyźnie: wij się w jego rękach jak ryba, wyślizguj, nie oddawaj się od razu, on musi się trochę postarać, musi na ciebie zasłużyć, ładnie pachniesz, jesteś przygotowana, na twojej skórze nie ma ani jednego włoska", pouczała szykująca ją do zaślubin doświadczona masażystka.
Mohammed VI i jego rodzina to strefa zakazana. Nie można ich krytykować, tworzyć karykatur, robić sobie żartów. Pod wieloma względami Maroko to pionier wolności słowa w świecie arabskim, mówi Dżamal Smahi, aktywista tetuańskiej organizacji obrony praw człowieka. Internet jest dostępny, można w nim prawie wszystko, włącznie z oglądaniem pornografii, co w wielu państwach muzułmańskich jest nie do pomyślenia, ale wolność ma granicę. Za nią jest to, co zdaniem rządzących zagraża pokojowi i harmonii państwa i obywateli. To, co może wstrząsnąć bezpieczeństwem państwa i wysokich rangą urzędników państwowych.
Ten wstrząs to po arabsku zaza, zapisuję to słowo. Lubię literę z, nie można jej pomylić, tak samo jak b, f, l, m, j czy r. Gorzej jest z innymi, są trzy litery h, trudno rozróżnialne dla mojego ucha i oka, trzy d i aż cztery t, z czego jedna w wymowie bliska c, inna zaś angielskiemu th.
Z powodu zaza w poważne tarapaty wpadły gazety „Al-Masae" i „Achbar al-Jaum", pisząc o podejrzanych działaniach służb specjalnych, o korupcji w ministerstwach czy o sędzi, który miał być gościem na pierwszym w Maroku niby-ślubie gejowskim. Wieloletni zakaz pracy w zawodzie ma urodzony w Tetuanie dziennikarz Ali Elmrabet, który w piśmie satyrycznym wydrukował karykatury króla i artykuł o kosztach utrzymania domów monarchy. Na niższym szczeblu, w prowincjach, widmo zaza odstrasza od dociekliwego zaglądania do kieszeni urzędników czy węszenia w sprawie handlu haszyszem.
Rewolucje w innych krajach arabskich przesunęły trochę granicę, za którą jest zaza. Marokańskie gazety nie zamieszczały entuzjastycznych komentarzy o obaleniu Bena Alego, Mubaraka, Kaddafiego. Ograniczały się do informowania. Ale ludzie i tak oglądali żyjącą rewolucjami katarską telewizję Al-Dżazira i też wychodzili na ulicę, żądając zmian. Wielotysięczne wiece przetaczały się w lutym i marcu 2011 roku także przez Tetuan. Z czasem jednak entuzjazm wobec protestów malał, demonstracje odbywały się coraz rzadziej i coraz mniej ludzi w nich uczestniczyło.
Maroka Mohammeda VI nie da się porównać do Libii Kaddafiego czy Egiptu Mubaraka. Nie jest królestwem represji. Za panowania jego ojca Hasana II prawdziwi i domniemani spiskowcy zapełniali zagubione w górach więzienia, z których najbardziej ponure Tazmamart opisał Tahar Ben Jelloun w powieści „To oślepiające, nieobecne światło". Przez lata nie widzieli słońca, bo cele nie miały okien, nie mogli się wyprostować, bo były zbyt niskie, nie jedli mięsa, nie pili herbaty, nie dostawali lekarstw, bo mieli powoli umierać, zapomniani i wyklęci. Znany z okrucieństwa wobec opozycji szef bezpieki generał Mohammed Ufkir organizował polowania i egzekucje. Do czasu, aż jego samego uznano za organizatora zamachu na samolot Hasana II. Obecny na pokładzie król cudem się uratował. Następnego dnia Ufkir już nie żył, jak głoszą plotki, zastrzelony osobiście przez Hasana II. Cała rodzina generała, z kilkuletnimi dziećmi włącznie, zniknęła na długie lata w zaprojektowanym przez niego samego więzieniu. Takich więzień już nie ma, podkreśla Dżamal Smahi, wysoki i chudy 31-latek z obszerną łysiną i kilkudniowym zarostem. O tamtych prześladowaniach można otwarcie mówić, a ich ofiary uzyskały za czasów Mohammeda VI odszkodowania.
Na koniec nauki w Tetuanie poznam czas przyszły. Przed czasownikiem w czasie teraźniejszym niezależnie od osoby i liczby dostawia się wyraz sawfa. Chodzi mi po głowie od miesięcy od czasu, gdy usłyszałem Libijki śpiewające w Bengazi hymn rewolucji. Sawfa nabka huna [Zostaniemy tutaj]. Nie spodziewałem się, że gramatyka sprawi mi taką przyjemność. Poza szkołą idzie gorzej. Na straganie dukam, że chcę wahad kilo basalun wa hamsa rumenun. Sprzedawca patrzy na mnie jak na przybysza z kosmosu. Muszę pokazać cebule i granaty, dodając na palcach, że ma ich być pięć. Coś poszło nie tak. Zły akcent, złe końcówki? A może powinienem się uczyć dialektu?
Ostatniego dnia pobytu w Tetuanie, zaraz po poznaniu czasu, w którym Libijki śpiewały Sawfa nabka huna, dowiaduję się o zabiciu Muammara Kaddafiego. Zdjęcia z ostatnich chwil jego życia pojawiają się nawet na plazmach w kawiarenkach, na których nigdy nie widziałem niczego innego poza meczami piłkarskimi.
Dla profesora Benabuda Tetuan to przede wszystkim 500-letnia medyna, z wąskimi uliczkami, w których nie mieszczą się samochody. Walczy o pieniądze na jej odnowienie, na władze lokalne nie liczy, szykuje list do króla. A jest co robić, choć medyna nie jest ruiną, co cenniejsze budynki, meczety, madrasy wypiękniały dzięki wsparciu UNESCO i marokańskiego Ministerstwa Spraw Islamskich. Sypią się stare domy, w których gnieżdżą się kilkupokoleniowe rodziny, pełne dziur są wodociągi, do których od wieków płynie woda z 16 górskich źródeł, na przywrócenie do życia czekają groty pod medyną, a w jednej z nich podziemny kościół. Medynę zbudowali muzułmanie i Żydzi, wygnani z Hiszpanii. Za wzór obrali ukochane miasta andaluzyjskie. Ulica Hajfy wprowadza do dzielnicy żydowskiej, od półwiecza bez Żydów. Mija się klatki, w których tłoczą się papugi, kanarki, białe gołębie i przepiórki, stragany z ułożonymi w kopce rodzynkami, orzechami, tunezyjskimi daktylami oraz knajpki z trzema, czterema stolikami, w których właściciele obierają warzywa i wrzucają je do wielkich mis. Potem zaczyna się królestwo krawców. Sklepy, z zewnątrz niepozorne, w środku kryją dwa piętra szaf ze szpulami nici do ubrań świątecznych. Równo poukładane w kasetkach, tysiące szpul długości męskiej dłoni, owiniętych nićmi w kolorach, które w Europie można zobaczyć chyba tylko w teatrach lalkowych. Niezliczone warianty żółtego i pomarańczowego, różne odcienie zieleni, od seledynu po ciemną miętę, rozmaite tonacje srebra i złota, bordo, róże, fiolety, purpury.
Po piątkowych modłach od sklepiku do sklepiku, od warsztatu do straganu chodzi niepozorny mężczyzna w średnim wieku. Rozdaje karteczki odbite niewyraźnie na ksero. Nawet nieumiejący czytać staruszek w spranej szarej dżellabie wie, o co chodzi. Rozpoznaje dwudziestkę na czarnym tle. Ruch 20 Lutego wzywa na demonstrację. Mężczyzna z ulotkami zachodzi i do krawca, który zszywa na starej maszynie Singera kieszeń mojej marynarki. W zakładzie przygarbionego krawca oprócz maszyny na stole ze sklejki stoi kilkanaście bezgłowych manekinów, a na nich wiszą różnobarwne, głównie pastelowe, damskie dżellaby i zakładane od święta długie do kostki stroje zwane kaftan. W tym samym miejscu do lat pięćdziesiątych pracował krawiec Żyd, obok były inne żydowskie zakłady krawieckie z takimi samymi kaftanami i szerokimi pasami do strojów weselnych. Teraz są arabskie. Poprzeczna ulica Gazy pełna jest warsztatów złotniczych, w tych samych miejscach, w których przez wieki pracowali żydowscy jubilerzy.
W ulotce nawołującej do udziału w wiecu z pomocą Naimy rozpoznaję gniewne słowa znane z rewolucji w innych krajach arabskich. Jest tu al-bitala, bezrobocie, jest i al-kamaa, represje, a nawet, co w kontekście wszechobecnej miłości do króla wydaje się wyjątkowe, al-istibded, czyli tyrania. Przeciw temu ma być ten protest, powody jak we wszystkich rewolucjach, które zmiotły ze sceny politycznej Bena Alego, Mubaraka i Kaddafiego. A wszystko to w imię wolności, al-hurrija, godności, al-karama i sprawiedliwości, al-adala. Zupełnie jak na kairskim placu Tahrir, na alei Burgiby w Tunisie czy na nadmorskim bulwarze w Bengazi.
O wyznaczonej porze, w sobotę wieczór, na placu Mulaj Mehdiego zbiera się kilkaset osób, głównie młodzi mężczyźni ubrani po europejsku, do tego dwa tuziny brodatych islamistów w tradycyjnych dżellabach, którzy trzymają zdjęcia swojego uwięzionego przywódcy Omara Hadusziego, i kilkadziesiąt kobiet, połowa w chustach, połowa z odsłoniętymi włosami.
Podobne proporcje były na wiecach w Tunisie, Kairze, Bengazi. Podobne są też obawy zachodnich ekspertów wobec fundamentalistów, którzy nie rzucają się w oczy na wiecach, ale mają spore poparcie w narodzie i uchodzą za faworytów ewentualnych prawdziwie wolnych wyborów.
Od okrągłego placu Mulaj Mehdiego odchodzi sześć ulic, demonstranci zmieścili się na wycinku między dwiema sąsiednimi, tym, przy którym stoi konsulat Hiszpanii. Jest wśród nich Dżamal Smahi, onieśmielony, że protestować przychodzi tak niewielu, osiem miesięcy wcześniej, gdy wiece się zaczęły, zajmowali cały plac. Niezrażeni aktywiści Ruchu 20 Lutego w czarnych kamizelkach zagrzewają do boju, wznosząc okrzyki o niesprawiedliwości społecznej i potrzebie wolności, a wszystkiemu przygląda się kilkudziesięciu policjantów z tarczą w jednej ręce i pałką w drugiej. Nowy duch wstępuje w wiecujących, gdy na plac dociera korowód studentów uderzających rytmicznie w ręce wzniesione nad głowami. Razem ruszają na obchód po centrum miasta, dołączają do nich kolejni, ale to dziesiątki, a nie setki. Skandują, że lud chce zmienić system: asz-szaab jurid tarrir an-nitam.
Wzdłuż trasy manifestacji stoją młodzi mężczyźni o srogim wyrazie twarzy. Słyszę, że to baltadżija, prorządowi chuligani. W trudnych dla władzy chwilach pokazują, że nie wszystkim się ona nie podoba. Organizują kontrmanifestacje, wykrzykując, jak im dobrze dzięki poczynaniom przywódców, jak ich kochają i że tylko zdrajcy lub pomyleńcy mogą mieć inne zdanie. Lubią się wmieszać w tłum protestujących i wywołać zamieszki, zachęcając policję do interwencji. Mówi się, że współpracują ze służbami specjalnymi, dostają pieniądze, prezenty albo uzyskują przyzwolenie na prowadzenie ciemnych interesów. I są bezkarni. Czasem pobiją wiecujących, czasem urządzą palenie egzemplarzy gazety „Achbar al-Jaum", czasem kogoś sprowokują. Tak było w Casablance, gdzie po bijatyce wywołanej przez baltadżija do więzienia trafił związany z Ruchem 20 Lutego raper L7A9D, który śpiewał „Daj mi moje prawa albo mnie zabij" oraz, co uznano za aluzję do króla, „Przysięgam, póki żyję, jego syn nie będzie dziedziczył". Baltadżija dali się poznać i w innych krajach arabskich. W czasie rewolucji w Kairze wjechali na plac Tahrir na wielbłądach, z biczami i kijami w rękach, doprowadzając tam do najkrwawszych starć. W Tetuanie nie zaatakowali.
Demonstranci wykrzykują hasła, z których wyłapuję poszczególne słowa: wolność, naród, Maroko. Na tyle starczyły mi ćwiczenia z Naimą. Nie wiem, czy wspominają coś o królu, nie dowiem się, czy tyranem z ulotki wzywającej do demonstracji jest on czy jego ministrowie i szefowie władz lokalnych.
Powoli zbliżają się do pałacu królewskiego, przy którym wznoszą się wysokie palmy i łopoczą narodowe flagi, czerwone z zieloną gwiazdą. Plac przed pałacem zawsze jest niedostępny, ogrodzony płotkami, przy których dziesiątki mężczyzn grają w domino i warcaby na planszach z kartonu, pionkami zrobionymi z nakrętek. Teraz dodatkową zaporę stworzyli policjanci. Demonstranci zatrzymują się, śpiewają o władzy należnej ludowi i zawracają. Nie ruszyli na pałac królewski. Może nigdy nie ruszą. Może naprawdę uważają, że Mohammed VI nie powinien skończyć jak Ben Ali i Mubarak. Że to nie on odpowiada za ich problemy, chce dobrze, ale źli urzędnicy wszystko psują.
Strona książki na