Niby nic dziwnego – jest raczej nazwiskiem niż twarzą, facetem z czasów przedcelebryckich, w których podróżnicy naprawdę podróżowali, a nie wozili się z ekipami telewizyjnymi, by stworzyć medialny show. Ale mimo wszystko. Przecież odkrył Pałkiewicz źródła Amazonki, szalupą przepłynął Atlantyk, a sztuki survivalu uczył nawet kosmonautów, choć w kosmosie akurat jeszcze nie był. Chyba...
Oczywiście potem już go kojarzyłem. Wpadał do „Życia Warszawy", przemykał przez korytarze „Rzeczpospolitej", do „Uważam Rze" też zdążył dać już kilka świetnych tekstów. – Niech mnie pan stąd zabierze – jęknąłem przysypany robotą, gdy odwiedził nas ostatnio. – Dobra, ale niech pan najpierw to przeczyta – spojrzał na mnie ironicznie i wręczył swoją „Sztukę podróżowania". Wziąłem, bo co miałem zrobić? Może chociaż tak otrę się o dżunglę, pustynie czy inne karaibskie plenery z piaskiem i palmami – pomyślałem.