Zdarza się, że solowe albumy kończą działalność zespołów.

– Życie pisze różne scenariusze, ale grupa istnieje, tylko zrobiliśmy sobie przerwę – mówi "Rz" Robert Gawliński. – Mamy prawo od siebie odpocząć, a ja chciałem pograć inną muzykę.

Najważniejsza kompozycja na nowej płycie to "Grzesznicy". Gawliński powraca do dzielnicy dzieciństwa – na Grochów.

"To miejsce dla mnie magiczne. Wychowywałem się niedaleko Jeziorka Kamionkowskiego przy parku Skaryszewskim. Ledwie trzy przystanki od centrum Warszawy, a czułem się jak w lesie, gdzie są łąki, skały, iglaki, świerki, dęby. Jeździłem na rowerze. Gdy było gorąco – wskakiwałem do wody, "na bombę". Pływałem albo brałem kajak. Spotykałem się z dziewczynami. Organizowaliśmy pikniki. Szliśmy na dobre lody na Saską Kępę. Jeśli pojawiał się alkohol – piliśmy delikatne białe wina, Closterkellera. Dyskutowaliśmy. Filozofowaliśmy".

[srodtytul] Jak na wsi [/srodtytul]

Gawliński miał również przelotny kontakt z praskimi niebieskimi ptakami. – To było tak, jakbym poznał piratów. Moja ówczesna dziewczyna mieszkała na Ząbkowskiej obok bazaru Różyckiego. Idąc do niej, musiałem przejść przez miejsca, gdzie trzeba było uważać. Parę razy musiałem uciekać przed koleżkami stojącymi w bramie. Ale nie bałem się. Dobrze biegałem.

Rodzice Gawlińskiego mieli wielu znajomych na Targówku.

"Żyli w miejscach uznanych za zaklęte rewiry, a to byli fajni, ciepli ludzie. Hodowali i świnkę, i kurkę. Czułem się jak na wsi".

Do snu śpiewał Gawlińskiemu Grzesiuk. Z płyty. Muzycznymi idolami byli też Jarema Stępowski, Elvis Presley, Paul Anka, Karel Gott. Widział kilka występach czeskiego wokalisty.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

"W Polsce dorobek Gotta jest trywializowany, a grał dobre rockandrollowe koncerty. Takie dla naszych mam. Uczyłem się piosenek z jego repertuaru. Pewnie byłem bezkrytyczny, ale zwracałem uwagę na melodię i to zostało mi do dziś".

[srodtytul]Punkowa burza [/srodtytul]

Gawliński wspomina też na nowej płycie o "dzikich wierszach" młodości.

"Czytałem Bursę. Kiedy przygotowałem recytacje "Pantofelka", brzmiał na tyle mocno, że nauczyciel powiedział: Siadaj, dwója".

Finał wiersza jest następujący: "Milszy mi jest pantofelek/ od ciebie ty skurwysynie".

"Lubiłem też Wojaczka, Baudelaire'a, a także Słowackiego i Mickiewicza. Po dziesięciokrotnym przeczytaniu Trylogii odkrywałem piękno polszczyzny i kultury, którą straciliśmy bezpowrotnie za Bugiem. Wolałem Słowackiego od Mickiewicza".

Pierwszą piosenkę skomponował do poezji Gałczyńskiego: "Kochanie moje, kochanie, /dobranoc, już jesteś senna".

Chodził wtedy do klubów i słuchał piosenki poetyckiej, jaką proponowała m.in. Piwnica pod Baranami.

"Z tego lirycznego rozmarzenia wyrwała mnie dopiero Brygada Kryzys. Postanowiłem grać punk rocka i nową falę. Z kolegami z liceum miałem już wtedy zespół Gniew".

W "Grzesznikach" Gawliński wspomina również kolegę, który zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej.

"Chciałem pokazać, że próba sprawdzenia się w życiu i udowodnienia, że jest się prawdziwym mężczyzną, może poważnie skomplikować życie. Z Jackiem poznaliśmy się na obozie harcerskim. Podrywał moją dziewczynę. W Legii służył sześć lat i kiedy przyjechał do Polski na początku lat 90., groziły mu konsekwencje prawne".

Koledzy z przeszłości mają się wkrótce spotkać.

Kiedy Robert Gawliński nagrywał pierwszą solową płytę, atmosfera w zespole Wilki była zła.

"Pamiętam ostatnią rozmowę. Wypiliśmy kilka butelek szampana, podaliśmy sobie ręce. Wszyscy byliśmy pewni, że Wilki już nigdy nie zagrają. Gawliński chciał improwizować w Akwarium, grać muzykę folkową. – Towarzyszyła mi wielka trema. Nie wiedziałem, jak zostanie przyjęty mój solowy debiut. Tymczasem trafiłem w dobry czas. Dużo graliśmy, jednego dnia na stadionie dla 10 tysięcy ludzi, a następnego – w klubie dla 250 fanów".

Na pierwszej płycie znalazły się takie przeboje jak "O sobie samym" czy "Tango solo". Duży sentyment Gawliński ma do trzeciej płyty solowej "X".

"Album był awangardowy. Dobry, ale na Wyspy Brytyjskie. Teledysk "Długi spacer" zrobiony przez Mariusza Trelińskiego został uznany przez osoby z Telewizji Polskiej za obrzydliwy. Radiowcom brakowało przeboju. Z polskimi słuchaczami rozminąłem się kompletnie. Ale album dobrze przyjęli krytycy i środowisko muzyczne. Świetnie mi się go nagrywało w studiu Smolika, w domu jego rodziców w Świnoujściu, na wyspie. Pojechałem tam z rodziną. Wieczorami siadywaliśmy w ogrodzie. Mama Andrzeja robiła poncz. Było sielsko, anielsko. Brakowało nam tylko lnianych garniturów i słomkowych kapeluszy".

A w piwnicy powstała zadziorna, ostra muzyka. Podobny klimat mają nagrania z "Kalejdoskopu" – improwizowane rozwinięcia głównych kompozycji.