Jak w obecnych czasach sprawić, by muzeum – mając za przeciwnika Internet, multimedia i całą masę nowinek technicznych – było atrakcyjne?

Co kryje Pałac Biskupów Krakowskich w Kielcach


Robert Kotowski:

Problem jest wielowymiarowy. Muzeum z racji swego charakteru powinno zachować element konserwatyzmu, bezpośredniego obcowania ze sztuką. Zawsze będą istnieć oczekujący tego miłośnicy muzeów. I to jest wymiar klasyczny. Jednak by wychować nowych odbiorców sztuki, musimy sięgnąć po nowoczesne narzędzia. Powiedzmy sobie szczerze: obrazkiem na ścianie nie przyciągniemy gimnazjalisty.

Jednak pokazując mu ten obraz na monitorze komputera, w postaci hologramu, dostarczając mu prawdziwych ciekawostek na jego temat, uruchamiamy w nim mechanizm, dzięki któremu sam zaczyna poszukiwać nowych obiektów. Znajduje coś nowego, odkrywa rzeczy zaskakujące. Pozwalanie młodym ludziom na tego rodzaju obcowanie ze sztuką kształtuje ich wrażliwość.

Dzieci na wiadomość, że idą do muzeum, cieszą się głównie z tego, że nie trzeba siedzieć w szkole. Wycieczka do muzeum nieczęsto postrzegana jest jako atrakcja. To się zmienia?

Po II wojnie światowej muzea przez długie lata były nie dość, że nudne, to jeszcze odgrywały rolę tuby propagandowej. Stąd w pewnym sensie ta niechęć do nich. Teraz, aby nadrobić straty i pokazać, że muzeum jest atrakcyjnym miejscem zabawy, zdobywania wiedzy i obcowania ze sztuką, trzeba wykorzystywać wszystkie dostępne narzędzia. Począwszy od Internetu, portali społecznościowych czy wyjścia w przestrzeń miejską, a skończywszy na działaniach edukacyjnych.

To przekłada się na efekt w postaci liczby odwiedzających muzeum i pozytywnych komentarzy po wydarzeniach, których jesteśmy organizatorem lub współorganizatorem. Potwierdzam więc z przyjemnością, że tak, zmienia się.

Autopromocja
CFO Strategy & Innovation Summit 2021

To już IV edycja kongresu dla liderów świata finansów

WEŹ UDZIAŁ

Skuteczne dla promocji atrakcyjności muzeum jest też poszukiwanie wydarzeń, nawet tych kalendarzowych, by móc zaistnieć z ciekawą ofertą.

Staramy się nie przegapić żadnej okazji. Wydarzenia, w których uczestniczymy, albo te podyktowane kalendarzem, pozwalają nam odwoływać się do ich historii, pokazywać w sposób niezwykle ciekawy często kilkusetletni proces ewolucji, ukazywać inne spojrzenie, inny punkt widzenia. Muzeum stara się więc upowszechniać dziedzictwo materialne w postaci zbiorów, ale także to niematerialne w postaci informacji i przekazów.

W większości przypadków muzea są postrzegane jako społecznie i ekonomicznie bierne, gdzie tylko sprzedaje się bilety i otwiera drzwi. Co pan sądzi o takim modelu zarządzania nimi?

Taka sytuacja utrzymywała się przez długie lata, ale na szczęście to się zmienia. Przemiany społeczne i ekonomiczne, które dokonały się w Polsce, długo omijały instytucje kultury. Jest jeszcze wiele placówek, które funkcjonują na starych zasadach, ale także do tych najbardziej odpornych na zmiany dociera, że stanie w miejscu oznacza wykluczenie. Jako muzeum narodowe jesteśmy prekursorami pewnych działań i rozwiązań, ale to nie oznacza, że jesteśmy jedyni. Minister Kultury ogłosił w ubiegłym roku program „Akademia zarządzania muzeum" cieszący się sporym zainteresowaniem, co tylko potwierdza, że w kwestii zarządzania można liczyć na dalsze pozytywne zmiany.

Idź z prądem albo zgiń? Te zmiany wymusiły realia, które pokazały, że leniwe administrowanie muzealnych ekspozycji nie ma przyszłości?

Minister Kultury, dyrektorzy muzeów i instytucji okołomuzealnych dostrzegli potrzebę zreformowania tych instytucji i sposobu ich funkcjonowania. Wniosek był prosty: włączyć instytucje muzealne do rynku. Chodziło o to, by aktywnie zabiegały o środki, rozliczały się z nich, starały się brać udział w projektach i zawiązywały współpracę partnerską. Dziś ideą jest, by nie skupiać się jedynie na działalności merytorycznej i oczekiwaniu na przyznanie środków, lecz zdobywać pieniądze i pozycję rynkową.

Jaka jest dziś skala tych zmian?

Trudno powiedzieć. My widzimy zmiany w muzeach, z którymi współpracujemy. Jedno jest pewne – bez względu na to, ile muzeów zreformowało swój styl zarządzania, w przypadku wszystkich jest to nieuchronne.

My ze zmianami poszliśmy bardzo daleko, wprowadzając wszelkiego rodzaju procedury, procesy i systemy, które usprawniają zarządzanie i stawiają nas na równi z nowoczesnymi instytucjami administracji publicznej. Jestem pewien, że w niedługim czasie to samo stanie się nawet z małymi muzeami, ponieważ zmusi je do tego sytuacja. Organizatorzy muzeów, czyli ministerstwo, urzędy marszałkowskie, gminy czy powiaty, widzą potrzebę tych reform. Jeśli przestarzałe metody zarządzania lub ich brak są przeszkodą w choćby skutecznym pozyskiwaniu unijnych dotacji, zmiany są nieuniknione. Dziś, by wziąć udział w programach ogłaszanych przez Ministra Kultury, trzeba wykazać się myśleniem strategicznym także w kwestii rozwoju kolekcji etc. Jeśli dziś stawiane są takie wymogi, to dyrektorzy muzeów nie mają wyboru – muszą się przystosować.

Dzisiejsze nowoczesne muzeum to jeszcze instytucja kultury czy już przedsiębiorstwo?

Przedsiębiorstwo, jeśli chodzi o skalę działań i zaangażowania. Jednak przede wszystkim to zespół ludzi, którzy dokładnie wiedzą, jaka jest misja miejsca, w którym pracują. My wyznaczyliśmy sobie określone cele zawarte w misji i strategii. Konsekwentnie je realizujemy, sięgając po środki zewnętrzne, sponsorskie, unijne etc. Już dawno temu w zachodniej literaturze pojawiła się pozycja „Muzeum jako przedsiębiorstwo". Muzeum jest dziś przedsiębiorstwem. Sztuką natomiast jest zarządzanie nim w taki sposób, by nie zgubić po drodze jej podstawowej misji. Ta firma ma swoją misję i strategię, ale także cele, budżet i zadania do zrealizowania w określonych warunkach rynkowych.

Jak zespół przyzwyczajony do starych metod pracy odnalazł się w nowej rzeczywistości?

Każda zmiana niesie ze sobą pewne obawy. Niektóre sprawy związane z wprowadzaniem nowych metod zarządzania były kontestowane. Dziś, po kilku latach nowego funkcjonowania, widać, że większość pracowników nie wyobraża sobie pracy bez nowych narzędzi, ponieważ one rzeczywiście ułatwiają im wywiązywanie się z obowiązków.

Mówi się o panu „rewolucjonista".

To, co zrobiłem i nadal robię dla muzeum, nie jest rewolucją, lecz ewolucją. Jest dostosowaniem się do współczesności. Nie jestem rewolucjonistą. W skali naszej instytucji raczej pionierem. Jeśli określa się mnie mianem rewolucjonisty, to prawdopodobnie dlatego, że zainicjowałem zmiany, które dawno powinny nastąpić.

Co, obejmując stanowisko dyrektora, uznał pan za najpilniejsze do zrobienia?

Odpowiem krótko: zarządzanie. Odszedłem od administrowania i poszedłem w kierunku nowoczesnego zarządzania projektowego. Każde wydarzenie zacząłem traktować jako odrębne zadanie. Do każdej wystawy, spotkania literackiego etc. zaczęliśmy powoływać zespół. Stworzyliśmy i nazywaliśmy po imieniu wszystkie procesy, pokazaliśmy, że to, co dzieje się w muzeum, nie jest wyłącznie zajmowaniem się istniejącymi obiektami. Aby obiekt mógł trafić przed oblicze widza, trzeba wykonać całą masę operacji. Najważniejsze wydawało mi się usprawnienie tych procesów. Rzeczą, która spowodowała, że muzeum zaczęło żyć nowym życiem, jest dosłowne potraktowanie hasła zapisanego nawet w misji: „muzeum otwarte na współczesność, zasługujące na zachwyt widza". Ważne było uświadomienie całemu zespołowi, że wszystko, co robimy, robimy dla naszych gości, i mamy zrobić wszystko, by wychodzili od nas zachwyceni.

Na ile zachodzące zmiany polegały na wdrażaniu sprawdzonych metod nowoczesnego zarządzania, a na ile było to eksperymentowanie?

W przypuszczeniu, że było trochę eksperymentowania, jest trochę prawdy, ale dlatego że towarzyszył nam dreszczyk emocji, wiara i ogromna nadzieja, że się uda. Osobiście byłem jednak przekonany, że wszystko pójdzie dobrze, ponieważ we wprowadzanych modelach zarządzania nie było słabych punktów, które niosłyby obawy, że nie sprawdzą się w warunkach muzeum.

Nie dziwiło nikogo, że muzeum wprowadza system zarządzania jakością?

Dla niektórych zapewne było to zaskoczeniem. Ale jeśli się zastanowić, to czy widz nie może wymagać od muzeum jakości? Nie jesteśmy z tego zwolnieni. Po nas wiele innych placówek w Polsce poszło w tym kierunku i nie mają one poczucia, że wykonały niepotrzebny ruch.

Miał pan wokół siebie przeciwników i niedowiarków, że proponowane zmiany mają sens i przyniosą korzyści?

Miałem sporo przeciwników i osób, które nie wyobrażały sobie zetknięcia świata kultury, dziedzictwa narodowego ze światem brutalnej wolnorynkowej rzeczywistości. Zestawienie systemów zarządczych z merytoryką mogło budzić brak zaufania do proponowanych zmian.

Sukcesy spowodowały, że już nikt nie postrzega pana jako reformatora-marzyciela?

Sądzę, że tak. Nigdzie nie brakuje środowisk, które z natury kontestują wszelkie działania. Generalnie jednak jestem zadowolony z pracy i zaangażowania zespołu. Dla mnie to jest potwierdzenie, że zmiany zostały zaakceptowane i docenione, bo wszyscy korzystamy z nowych rozwiązań, a najbardziej widz, dla którego pracujemy.

W jakim miejscu jest muzeum po czterech latach funkcjonowania pod śmiałymi rządami?

Udało mi się stworzyć warunki do skutecznego działania. Teraz otwierają się przed nami możliwości do sięgania po środki na realizację programów merytorycznych, badań naukowych i programów edukacyjnych. Przed nami są też możliwości współpracy międzynarodowej z innymi muzeami. Dziś mamy wszelkie predyspozycje, by podjąć tego typu wyzwania.

rozmawiał Krzysztof Gniewkowski