18 czerwca skończył 71 lat, ale wciąż pozostaje najbardziej witalnym muzykiem na świecie. Podczas trzygodzinnych koncertów nie schodzi ze sceny, prezentuje co najmniej 38 największych przebojów The Beatles i Wings. Nowością na tegorocznej trasie jest niewykonywany wcześniej „Eight Days a Week", a także „Being for a Benefit for Mr Kite". Będzie „Eleanor Rigby", „Yesterday", „Hey Jude", „Let It Be", „Live and Let Die", „Helter Skelter". Emocje przed koncertem na Stadionie Narodowym podgrzeje 30-minutowy film ze zdjęciami z archiwum artysty.
Artysta udzielił wywiadu polskim mediom. Publikujemy wypowiedzi dla „Rz".
Jak radzi sobie pan w czasach, kiedy albumy muzyczne nie są już tak ważne jak kiedyś?
Paul McCartney: To prawda: każdy nowy album Beatlesów, Rolling Stonesów, Pink Floyd czy The Who był wyjątkowym wydarzeniem. Kupowano go i celebrowano. Miał dużą okładkę, piękną grafikę. Można było fizycznie odczuć płytę przed położeniem jej na gramofonie. To była wielowymiarowa prezentacja artystyczna. Teraz, w czasach iTunes, ludzie kupują raczej pojedyncze piosenki, całościowa koncepcja albumu ma mniejsze znaczenie. Rynek nastawiony jest na single. To zabawne – bo od tego się kiedyś zaczęło. Zatoczyliśmy koło. Ja jednak nie poddaję się rynkowym trendom. Właśnie nagrywam nowy album i myślę o nim jak o zamkniętej całości.
Czy naprawdę ważna jest forma, w jakiej dotrą do słuchacza piosenki?
Przetrwałem już wiele zmian, czasy winyla, kaset, płyty CD. Problemem jest tylko jakość dźwięku. Większość młodych ludzi słucha muzyki z telefonu, z iPada. Moje wnuki nie wyobrażają sobie innej formy. Niestety, jeśli urządzenie nie jest podłączone do dobrego zestawu audio – dźwięk jest cieniutki. Myślę sobie wtedy: Boże, tyle się napracowaliśmy w studiu nad właściwym zbalansowaniem brzmienia, po to, żeby ktoś słuchał muzyki przez puszkę od konserw? Na szczęście są też pozytywne zmiany. Słuchacze wracają do winyli. Inżynierowie dźwięku mówią mi, że współczesna czarna płyta przenosi prawie w stu procentach muzykę ze studia. Winyl to najlepszy obecnie nośnik muzyki. Dlatego nagrywając nowe utwory, staram się włożyć w nie jak najwięcej energii. Właśnie z myślą o najbardziej wymagających słuchaczach.
Już jutro Paul McCartney zagra na Stadionie Narodowym!
Fani kochają klasyczne albumy. A jakie znaczenie mają dla pana te z ostatnich lat: „Fireman" czy „Kisses on the Bottom"?
Lubię te nietypowe projekty, bo odświeżające jest robienie czegoś nowego. „Kisses on the bottom" to kolekcja piosenek, przy których dorastałem. Słuchali ich moi rodzice. Ojciec grał je w domu na fortepianie, słuchałem ich też w kinie. Uwielbiam klasyczną formę tych kompozycji. Inspirowała mnie, gdy sam zacząłem tworzyć. Kiedy pisaliśmy wspólnie z Johnem Lennonem, byliśmy właśnie pod wielkim wpływem muzyki naszych rodziców. Nasz wkład polegał na tym, że wymieszaliśmy ją z rock'n'rollem. Z kolei „Fireman" to improwizacja. Zamiast przynosić gotową piosenkę do studia, tworzyłem ją na żywo podczas pracy w studiu, jak na warsztatach teatralnych. I to właśnie było najbardziej pobudzające.
Zgodnie z życzeniem artysty, który jest wegetarianinem, podczas koncertu na Narodowym nie będą sprzedawane przetwory mięsne.
Więcej o koncercie www.livenation.pl.
Zakazali spożywania i sprzedaży mięsa na Stadionie Narodowym!