"Na głębinie" jutro wchodzi do naszych kin. To historia rybaka, który po katastrofie kutra walczy o życie. W ostatnim czasie na ekranach pojawiło się sporo filmów o przetrwaniu. W „Grawitacji" astronautka samotnie próbuje wydostać się z kosmosu, a bohaterowie „Kontiki", „Życia Pi" czy „All is Lost", podobnie jak w pana filmie, zmagają się z żywiołem oceanu.

Filmy z małego kraju coraz bardziej znane w Świecie


Baltasar Kormakur:

Zacząłem przygotowywać ten film kilka lat wcześniej, ale musiałem zawiesić produkcję, bo kończyłem poprzednią pracę. Gdyby stało się inaczej, „Na głębinie" byłby pierwszym obrazem z tej serii. Być może zainteresowaliśmy się wszyscy takim tematem z podobnych powodów. Ja w ten sposób odreagowałem zapaść ekonomiczną. Ten film stał się dla mnie opowieścią o sile człowieka. Metaforą mojego kraju, dawnej Islandii, która zawsze twardo walczyła o przetrwanie.

Zobacz galerię zdjęć

W czasach globalizacji i kryzysu sięga pan do tradycji swojego narodu?

W 2002 roku nakręciłem „Morze" o małych, umierających wioskach rybackich. W innych filmach pokazywałem, jak nasz naród podzielił się na dwie części – zamożnych ludzi z miast i tych, w których życiu niewiele zmieniło się w ciągu ostatnich 30–40 lat. Znam obie te Islandie. Pracuję w Reykjavíku, a dom mam na północy. Moje dzieci chodzą do szkoły w wiosce, w której mieszka 200 osób. Kryzys 2008 roku i upadek trzech dużych banków nie dotknął w tak znacznym stopniu prowincji jak ludzi zamożnych, którzy inwestowali na giełdzie. Ale nie chciałem zrobić filmu o bankierze. Wolałem przypomnieć, kim byliśmy kiedyś. Pokazać, że zgubiliśmy tożsamość, coś z czego można czerpać moc i poczucie własnej wartości.

Tragiczna katastrofa, z której ocalał jeden rybak, wydarzyła się w 1984 roku naprawdę. Odtwarza pan fakty dokładnie w filmie?

Autopromocja
Ranking Samorządów

Poznaj najlepsze samorządy w Polsce

WEŹ UDZIAŁ

Staram się. Zwłaszcza że zachował się długi wywiad Guulaugura Friu Górssona, którego udzielił on wkrótce po uratowaniu. Prawdziwa jest nawet scena katastrofy. Kiedy statek zaczął tonąć, Guuli rzeczywiście oglądał w telewizji dokument o tańcu. Najważniejsze jednak było dla mnie sfilmowanie grozy oceanu. Islandczycy dobrze ją znają. Nie mogłem im zaproponować obrazków jak z „Titanica". Tam na pierwszy rzut oka widać, że film był kręcony na spojonym zbiorniku, a prawdy o żywiole nie da się uzyskać w komputerze. Dlatego robiliśmy zdjęcia pośrodku oceanu. Razem z aktorem Olafurem Darri Olafssonem godzinami byłem zanurzony w lodowatej wodzie.

Zrobiliście film surowy, nie wykorzystując żadnych trików.

Nie chciałem na siłę wyciskać z ludzi łez. Zresztą Islandczycy nie poszliby na własny film, który imitowałby amerykański styl.

Po filmie „101 Reykjavík" został pan przez dziennikarzy „Variety" uznany za jednego z dziesięciu reżyserów, których karierę trzeba obserwować. To pomogło w zdobywaniu amerykańskich propozycji?

Dostałem wtedy ze Stanów sporo scenariuszy. Były to głównie horrory, dlatego wolałem wrócić do kraju i robić filmy takie, które mogły zachwycić moją matkę. Teraz łatwiej mi stawiać warunki, więc mogę pracować poza Islandią. Zaraz po Bożym Narodzeniu będę kręcił w Nepalu i we Włoszech. Dobre filmy można robić wszędzie. Najistotniejsze, by znaleźć równowagę między artyzmem i komercją, między lekceważeniem widowni i czynieniem z niej półboga.

I nie chce pan przenieść się do Ameryki?

Nie. Czuję się tam jak gość. Mam trochę przyjaciół, ale jednak jestem ulepiony z innej niż oni gliny. Zachowuję się więc trochę jak islandzki rybak. Jadę, robię swoje i wracam do domu z łupem – z filmem, pieniędzmi. Tutaj mam swoją rodzinę i swoje sprawy. Nigdzie nie żyłoby się lepiej. Jestem, kim jestem, i nie chcę być nikim innym. Teraz, kiedy rozmawiamy przez telefon, siedzę w domu na północy Islandii, za oknem jest biało, biegają konie. To raj. Może trochę zimny, ale raj. Nie opuszczę go dla rezydencji w Los Angeles.

A jako reżyser ma pan jakieś marzenie?

Zostałem nim po to, żeby przenieść na ekran książkę „Independent People" naszego jedynego laureata Nagrody Nobla Halldóra Laxnessa. To przepiękna opowieść o początkach kultury islandzkiej i narodzinach narodu. Wiem, że taki film wymaga pieniędzy i rozmachu, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się go zrobić.

Filmy z małego kraju coraz bardziej znane w Świecie

Balatsar Kormakur (ur. w 1966 r.) jest  ogromnie popularny w Islandii. Zaczynał jako aktor i reżyser teatralny, w 2000 r. zadebiutował jako reżyser filmowy i jego „101 Reykjavik" od razu zdobył uznanie poza ojczyzną.  Za  film „Bagno" otrzymał w 2006 r. Kryształowy Globus na festiwalu w Karloiwych Warach.

Nie jest jedynym reżyserem islandzkim o międzynarodowej karierze. Choć w tym kraju pierwszy film powstał w 1923 r., rozwój tamtejszej kinematografii datuje się od 1979 r., gdy ruszył Islandzki Fundusz Filmowy. W 1991 r. „Dzieci natury" Fridrika Fridrikssona zdobyły Europejską Nagrodę Filmową i nominację do Oscara. To była historia dwojga starych ludzi, którzy uciekają z domu starców, by przed śmiercią zakosztować szczęścia i wolności. Dziś w Islandii liczącej 300 tys. mieszkańców powstaje kilka filmów rocznie. Reżyserzy, często absolwenci duńskiej szkoły filmowej, dość regularnie pracują za oceanem, ale wracają do Reykjaviku, a na wielkie festiwale trafiają również obrazy Dagura Kari („Noi Albinoi"). Surowe kino, którego częstym tłem jest śnieżny krajobraz i spieniony ocean, to proste opowieści o ludziach, okraszone czasem specyficznym, mrocznym poczuciem humoru.  urowość, prostotę, ale i prawdę islandzkiego kina, ma również „Na głębinie".

bh