Przyszedł czas na powrót ELO

Cieszę się z porównania do The Beatles bardziej, niż z jakiegokolwiek innego - mówi Jeff Lynne, lider Electric Light Orchestra.

Publikacja: 14.11.2015 06:30

"Rzeczpospolita": Nagrał pan nową płytę Electric Light Orchestra, ale przed nazwą grupy jest pańskie nazwisko. Dlaczego?

Jeff Lynne, lider Electric Light Orchestra: Płyta „Alone in the Universe" została nagrana tylko przeze mnie. Dlatego występuje pod szyldem Jeff Lynne's ELO, a nie ELO. Przez lata było wiele składów posługujących się różnymi wariacjami nazwy Electric Light Orchestra, w której występują byli muzycy ELO, ale to ja jestem założycielem, głównym twórcą repertuaru Electric Light Orchestra i właścicielem praw do nazwy grupy. ELO to ja. Jeff Lynne's ELO to prawdziwa Electric Light Orchestra. Podczas koncertów będzie mi towarzyszył Richard Tandy, który również występował przez lata w ELO. Richard jest jednym z najlepszych muzyków, z jakimi współpracowałem. A współpracowałem z najlepszymi.

Ostatnią płytę Electric Light Orchestry otrzymaliśmy 14 lat temu. Dlaczego tak długo musieliśmy czekać na kolejną?

Płyta „Zoom" ukazała się w 2001 roku, ale nie mogę powiedzieć, żebym przez ten czas próżnował. Nagrałem album solowy „Long Wave", z którego jestem bardzo dumny, wyprodukowałem nową płytę Bryana Adamsa – „Get Up!". Kiedy w we wrześniu 2014 wystąpiłem z ELO w londyńskim Hyde Parku jako gwiazda festiwalu "Festival In A Day", okazało się, że ludzie wciąż chcą nas słuchać i szaleją przy utworach ELO. 50 tys. biletów na ten koncert sprzedało się w kilka minut. Przed występem miałem wiele obaw, ponieważ ostatni duży koncert zagrałem ponad 28. lat temu. Miałem wielką radość stać na scenie z zespołem, któremu towarzyszyła Orkiestra Koncertowa BBC. Wiedziałem, że przyszedł czas na powrót ELO.

Jakim uczuciem był powrót na scenę po prawie 30. latach?

Stresującym. Bałem się, że nie podołam. Graliśmy jako ostatni podczas festiwalu, a ludzi wciąż przybywało. Nikt nie wychodził. Ludzie śpiewali ze mną „Mr Blue Sky", "Don't Bring Me Down", "Evil Woman", czy "Roll Over Beethoven", jakby czas zatrzymał się w miejscu. Śpiewałem naprawdę głośno, ale publiczność śpiewała jeszcze mocniej zagłuszając mnie swoim śpiewem. Fantastyczne doświadczenie. To był najlepszy koncert ELO w historii. Szczęśliwie został zarejestrowany i ukazał się na płycie pod tytułem: „Live in Hyde Park". Chcę wrócić do koncertowania. Przez lata zajmowałem się pracą producenta i nagrywaniem płyt w studio, ale teraz chcę powrotu na scenę. I chciałbym w końcu przyjechać do Polski. Wiele dobrego słyszałam o polskiej publiczności.

Jak wyglądał proces nagrywania płyty „Alone in the Universe"?

Jestem autorem wszystkich piosenek. Sam napisałem muzykę, słowa i zagrałem na wszystkich instrumentach. Wielką radością była gra na basie, gitarach, perkusji, organach i innych instrumentach. Tylko na tamburynie zagrał Steve Jay, mój inżynier dźwięku. Oczywiście sam też wyprodukowałem płytę. Podczas koncertów będzie towarzyszył mi zespół złożony z fenomenalnych muzyków, w tym z Richarda Tandy.

Utwory na płycie brzmią wspomnieniowo.

Nowa płyta jest powrotem do przeszłości, ale tez rozliczeniem się z nią. Pierwszym utworem, który napisałem na płytę była piosenka otwierająca album: "When I Was a Boy". Słowa i muzyka same ze mnie wypłynęły. Słowa piosenki powstały dosłownie w chwilę, co nigdy mi się nie zdarzyło. Normalnie tekst jednej piosenki piszę tygodniami.

W nieco bluesowym "Love and Rain" pojawia się mocna gitarowa solówka, co nie często zdarzało się na ostatnich płytach ELO.

W dziesięciu utworach na „Alone in the Universe" wykonuje osiem solówek gitarowych. Na ostatnich płytach ELO często korzystałem z elektronicznych nowinek. Teraz wracam do rocka, bluesa i naturalnych brzmień. Mocnym uderzeniem jest "Dirty to the Bone". Chciałem przywołać ducha The Beatles i Gerry and the Pacemakers. Każda piosenka ELO na nowej płycie powstała w odmienny sposób. Niektóre utwory komponuje tylko na gitarze, inne na fortepianie, a jeszcze inne na keyboardzie. Jeśli tylko kombinacja akordów współgra z sobą, od razu rejestruje pomysł. Mam głowę wypełnioną melodiami i harmoniami. Gorzej ze słowami. Zmuszam się do pisania tekstów piosenek.

"I'm Leaving You" brzmi jak utwór Roya Orbisona.

To hołd dla Roya Orbisona. Chciałbym, żeby znowu ze mną zaśpiewał. Roy był jednym z najwspanialszych ludzi jakich poznałem i najcudowniejszym artystką z jakim pracowałem. Pisząc "I'm Leaving You" próbowałem komponować tak, jak skomponowałby piosenkę Roy. Wiem, że nie zbliżę się do niego wokalnie, bo był piosenkarzem jedynym w swoim rodzaju, ale chciałam nagrać piosenkę, którą mógłby nagrać Orbison. W ten sposób chciałem się do niego zbliżyć. Bardzo go kochałem i mimo, że od jego śmierci upłynęło dużo czasu, to wciąż za nim tęsknię. Bardzo dobrze wspominam czas naszej współpracy na jego ostatnią płytą „Mystery Girl". Piosenka „You Got It", której jestem współkompozytorem i producentem, okazała się wielkim hitem na całym świecie. Niestety, Roy nie dożył tego sukcesu.

"All My Life" ma w sobie ducha The Beatles.

Cieszę się z porównania do The Beatles bardziej, niż z jakiegokolwiek innego.

John Lennon powiedział kiedyś, że ELO brzmi jak The Beatles, dlatego dobrze, że Beatlesi się rozpadli.

John powiedział tak porównując brzmienie ELO do The Beatles z okresu płyty „Magical Mystery Tour". Słowa Lennona dodają mi otuchy, kiedy czuję się gorzej. Być docenionym przez Lennona i mieć za przyjaciół członków The Beatles, to wspaniały dar.

Współpracował pan z The Beatles. Jakim doświadczeniem była pracy przy płytach z serii „Anthology"?

Praca z The Beatles była moim największym sukcesem zawodowym i spełnieniem marzeń. Wyodrębnienie głosu Johna Lennona z kasety do piosenek „Free as a Bird" i „Real Love" nie było łatwe. Głos i fortepian były nagrane na tej samej głośności. Była też trzecia piosenka, która miała ukazać na „Anthology 3", ale George odmówił współpracy nad kolejną piosenkę The Beatles. Nie chciał już dłużej tego ciągnąć.

Współtworzył pan Traveling Wilburys, w skład w której wchodzili oprócz pana: Tom Petty, Roy Orbison, Bob Dylan, George Harrison.

Pracowałem w studio z Georgem Harrisonem nad jego płytą „Cloud Nine". W pewnym momencie George wypalił: - "Powinniśmy założyć zespół. Ściągnę do niego Dylana". Myślałem, że żartuje. Nie żartował. Zaproponowałem Orbisona, na co George się ucieszył. Tom Petty wszedł w to z radością. Każdy chciał uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. Wszyscy zastanawialiśmy się jak Bob Dylan zachowa się współtworząc zespół.

I jak wyglądała współpraca z Dylanem?

Bob to najbardziej specyficzna osoba jaką spotkałem. Gdybym spotkał go dzisiaj na ulicy i z radością przywitał się, pewnie by nie odwzajemnił mojej serdecznosci. Dylan jest inny niż wszyscy. Z Traveling Wilburys komponowaliśmy i nagrywaliśmy jedną piosnkę każdego dnia. Tak chciał Bob. Pierwszą piosnkę, która stworzyliśmy było "Handle with Care". Komponowaliśmy przed obiadem, w trakcie obiadu pisaliśmy słowa, a po obiedzie nagrywaliśmy piosenkę. I tak, aż nagraliśmy całą płytę. To była wspaniała przygoda.

Jak powstały największe przeboje ELO, takie jak „Mr Blue Sky" czy "Don't Bring Me Down"?

„Mr Blue Sky" to utwór bardziej skomplikowany niż może się wszystkim wydawać. Stworzenie tej lekkiej kompozycji nie było wcale łatwe. W "Don't Bring Me Down" lubię ciężkie gitary i loopy perkusji, które pochodzą z innej kompozycji. W tym utworze po raz pierwszy został użyty automat perkusyjny. Riff gitary i melodia fortepianu przyszła do mnie błyskawicznie. Czasem piosenki piszą się same. To był ten moment.

Czy na następną płytę ELO będziemy musieli czekać równie długo co na „Alone in the Universe"?

Jeśli poczuję, że przyszedł właściwy moment, nagram nową płytę. Piosenki same ze mnie wypływają. Wszystko we właściwym czasie.

- rozmawiał Jacek Nizinkiewicz

Płyta „Alone in the Universe" jest udanym powrotem Electric Light Orchestra i czternastym studyjnym albumem grupy Jeffa Lynne'a. Na płytę składa się dziesięć utworów autorstwa Lynne'a utrzymanych w starym rockowo-popowo- blusowym stylu ELO, przepełnionym harmoniami w stylu The Beatles.

"Rzeczpospolita": Nagrał pan nową płytę Electric Light Orchestra, ale przed nazwą grupy jest pańskie nazwisko. Dlaczego?

Jeff Lynne, lider Electric Light Orchestra: Płyta „Alone in the Universe" została nagrana tylko przeze mnie. Dlatego występuje pod szyldem Jeff Lynne's ELO, a nie ELO. Przez lata było wiele składów posługujących się różnymi wariacjami nazwy Electric Light Orchestra, w której występują byli muzycy ELO, ale to ja jestem założycielem, głównym twórcą repertuaru Electric Light Orchestra i właścicielem praw do nazwy grupy. ELO to ja. Jeff Lynne's ELO to prawdziwa Electric Light Orchestra. Podczas koncertów będzie mi towarzyszył Richard Tandy, który również występował przez lata w ELO. Richard jest jednym z najlepszych muzyków, z jakimi współpracowałem. A współpracowałem z najlepszymi.

Pozostało 90% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Kultura
Festiwal Millennium Docs Against Gravity. Kim są zwycięzcy?
Kultura
Nowa instytucja kultury - Instytut Różnorodności Językowej Rzeczypospolitej
Kultura
Noc Muzeów, czyli spacer do przeszłości i przyszłości
Kultura
Rząd: Prawo twórców do tantiem w sieci niezbywalne. Co na to Netflix i Spotify?
Kultura
Teatr Dramatyczny i Stary do obsadzenia. Niedługo poznamy nazwiska dyrektorów