Frekwencja była godna pozazdroszczenia. Chciałbym, żeby takie tłumy przychodziły na jazzowe występy. Co właściwie zachęciło młodych ludzi do tego koncertu? Legenda artysty uważanego za twórcę afrobeatu? Sobotni wieczór? Brak konkurencji? Z pewnością nie odstraszyły dość drogie bilety. Ciekaw jestem ilu słuchaczy znało wcześniej jego nagrania, szczególnie te z Felą Kutim i grupą Africa 70. Bo te są w jego karierze najcenniejsze.

Kim jest dziś Tony Allen? Po latach mieszkania w Londynie, przeniósł się do Paryża, gdzie zresztą działa wielu artystów z kręgu world music, nie tylko afrykańskich. Tam można zestawić zespół z najlepszych, ale do Warszawy przyjechała druga liga. Gdzie mu do grupy, która towarzyszyła Youssou N’Duourowi!

W pojedynkę obronił się tylko saksofonista grający ekspresyjne, porywające solówki. Gitarzysta niepotrzebnie zapatrzył się na rockmanów, basista nie dorastał do pięt Richardowi Bonie. Wokalistka nadrabiała urodą. Podobała mi się sekcja instrumentów dętych, nie można jej odmówić brzmienia zdolnego wyrwać baobab z korzeniami.

Sam Tony Allen grał zachowawczo, zanadto oszczędzał się. Po kilku utworach zorientowałem się, że zasób jego umiejętności jest ubogi. Owszem, to rytm zdolny zachęcić do klubowego bujania się, ale jak na „najlepszego perkusistę świata”, jak wyrażają się o nim niektórzy prominentni muzycy, to za mało. Zresztą tę perkusję było za słabo słychać. A samego lidera było kiepsko widać. A to już zasługa oświetleniowca realizującego wątpliwą ideę, że prawdziwa sztuka obroni się nawet w ciemnościach.

Słuchając muzyki Allena z płyt zauważyłem intrygujące, zróżnicowane podziały rytmiczne. Ale na koncercie nie mogłem ich odnaleźć. Każdy perkusista z jazzowej czołówki zmiótłby w ten wieczór Allena ze sceny. A może zdopingowałby go do lepszej gry?

Największą słabością zespołu Tony’ego Allena jest ubogi repertuar. Zabrakło przebojów, kolejne utwory były do siebie podobne, raziły monotonią i schematycznymi aranżacjami. Po Mulatu Astatke kolejna legenda Czarnego Lądu została obnażona z charyzmy. Czyżby czas weteranów już minął?

Kiedy przestałem się wsłuchiwać w muzykę, uległem napierające fali rytmów i dęciaków, nawet zacząłem przytupywać i kołysać się do taktu. Szybko przypomniały mi się jednak silnie zrytmizowane koncerty, na których bawiłem się o wiele lepiej: James Brown, Earth Wind & Fire, Sergio Mendes, Chaka Khan, wspomniany Youssou N’Duour.

Za wysokie progi dla Tony’ego Allena? Niekoniecznie. Miałbym dla niego radę. Znaleźć w Paryżu lepszych muzyków, zatrudnić chórek i dobrego wokalistę. A on sam niech tylko napędza taką maszynę rytmem swojej perkusji. Na pewno jeszcze potrafi. Tylko nam w sobotę, w Palladium zabrakło trochę szczęścia.

[link=http://blog.rp.pl/marekdusza/] Czytaj i komentuj na blogu Marka Duszy[/link]