Nawet ci, którzy nie wiedzą, kim jest Jack White, co można zrozumieć tylko w drodze wyjątku, musieli słyszeć jego najsłynniejszą kompozycję „Seven Nation Army”. Trafiła do gier muzycznych, komputerowych i jest śpiewana przez piłkarskich kibiców na całym świecie, w tym Bayernu Monachium i AC Milan. W tym roku towarzyszyła wychodzeniu zespołów na murawę stadionów Euro we Francji, a i każdej bramce.

Sam byłem świadkiem, jak z potęgą „Seven Nation Army” próbował się zmierzyć i poniósł sromotną klęskę wielki Mick Jagger, gdy występował z The Rolling Stones na mediolańskim Stadionie San Siro. Słysząc w odzewie na własne szlagiery śpiewany przez włoskich fanów motyw młodego White’a – wściekł się i nie przedłużył bisów.

Znikając ze sceny zbyt szybko, poszedł chyba po rozum do głowy i przy najbliższej okazji postanowił skorzystać z popularności Jacka wśród młodych fanów. Zaprosił go do udziału w nagraniu koncertu „Shine a Light”, który wyreżyserował Martin Scorsese.

Jack White mówił, że skomponował riff, poproszony o piosenkę do filmu o Jamesie Bondzie. Projekt upadł, ale potem producenci filmu o agencie 007 nie omieszkali skorzystać z talentu gitarzysty i tak powstała piosenka „Another Way To Die” zaśpiewana z Alicią Keys.

Kręta droga kariery

Jego karierę można porównać wyłącznie z drogą Boba Dylana – również pełną zaskakujących zwrotów, mistyfikacji, skandali. A przede wszystkich znakomitych płyt.

White nagrywał je solo i pod szyldem solowym grup The White Stripes, The Raconteurs i The Dead Weather. Robi to w bezpretensjonalny sposób, co mogliśmy oglądać w filmie „It Might Get Loud”, gdzie wystąpił u boku największych wirtuozów – Jimmy’ego Page’a, założyciela Led Zeppelin i The Edge, konstruktora sferycznego brzmienia U2.

Na tle starszych kolegów White zaskakiwał żywiołowością. Zasiadł przy mikrofonie, wziął gitarę do ręki, zaimprowizował piosenkę i rzucił kamerzyście taśmę z gotowym nagraniem, pokazując, jakie to łatwe. Stojąc na czele The White Stripes, dążył do maksymalnego minimalizmu, tworząc potężne brzmienie przy użyciu tylko gitary i perkusji Meg White, którą nazywał siostrą, choć była jego pierwszą żoną.

To właśnie Jack White rozpoczął modę na gitarowo-perkusyjne duety, na której wypłynęło m.in. Black Keys. A gdy takie granie stało się modne, zaczął grać solo lub z tworzonymi spontanicznie zespołami.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Gitar używał najtańszych i najgorszych, by pokazać, że jak się chce – można zagrać na instrumencie stworzonym w minutę z pudła i butelki, co udowodnił zresztą we wspomnianym już dokumencie. Bo ideałem Jacka jest pierwotna folkowa-bluesowa spontaniczność, zatracona przez gwiazdy rocka.

To dlatego przeniósł się do Nashville z rodzinnego Detroit, gdzie klepał biedę w liczącej dziesięcioro dzieci polsko-irlandzkiej rodzinie. O rodzinie pamięta: z mamą wywodzącą się z Krakowa przyjechał na koncert do Gdyni.

Zespół The White Stripes ubierał się na biało-czerwono, na jednej z płyt cytował Jana Pawła II i zamieścił zdjęcie Zamku Królewskiego w Warszawie. Ale teraz jego ojczyzną jest Nashville, stolica najlepszych instrumentalistów Ameryki.

Urok winylu

Stara się odtworzyć magię pierwszych lat fonografii, zaś oczkiem w głowie jest firma Third Man i płyty winylowe. Gdy na aukcji ktoś kupił pierwsze dwa nagrania Elvisa Presleya na acetonowych krążkach za 300 tys. dolarów, okazało się, że to on był nabywcą. Chciał je po prostu wznowić.

Wydaje winyle z pasją i sukcesami. To właśnie poprzednia solowa płyta „Lazaretto” w 2015 pobiła rekord sprzedaży, rozchodząc się w tydzień na czarnym krążku w 60 tysiącach kopii. Jedna strona grała od przodu, druga od końca, a pod nalepką były ukryte bonusy.

White uwielbia eksperymenty, wszakże czerpiące z tradycji. Zorganizował happening związany z nagraniem koncertowej wersji „Lazaretto” i wydaniem jej tak szybko, jak się tylko da, na singlu. Film rejestrujący wszystkie fazy tego wydarzenia potwierdził, że od wejścia na scenę do przywiezienia płyty do sklepu w eskorcie policji minęło 3 godziny, 55 minut, 22 sekundy.

Nowe aranżacje

Słuchacze, którzy mieli dystans do White’a, sądząc, że wszystko, co robi, spowite jest w rockowym harmidrze, mogą się przekonać dzięki nowemu albumowi, jak bardzo się mylili. Powstał w aurze akustycznego „Led Zeppelin III”.

White przypomniał kompozycje z wszystkich rozdziałów swojej działalności, ale w nowych aranżacjach. Jedyną premierą jest cudownie delikatne „City Lights”. Na początku stuka w pudło swojego stuletniego akustycznego Gibsona i gra zeppelinowsko brzmiące „Sugar Never Tasted So Good” z repertuaru The White Stripes. Wśród miłosnych kompozycji zwraca uwagę liryczne „We’re Going To Be Friends”, ale najlepsze jest wykonane z seksapilem, przewrotne „Well It’s True That We Love One Another”. Beatlesowskie klimaty pobrzmiewają w „Never Far Away”.

Znaczącą część kompozycji stanowią piosenki, których dynamikę podbija fortepian: „White Moon” i „Forever For Her”. Bluegrassową formę ze skrzypcami otrzymało „Top Yourself” z repertuaru The Raconteurs. A im bliżej do końca albumu złożonego z 26 utworów, tym bardziej muzyka staje się countrowo-folkowa jak z Nashville, gdzie osiadł następca Boba Dylana.