Ze sklepowych wystaw i przystanków zniknęły już portrety pamięciowe, kobiety przestały kupować gaz i nosić sól w kieszeniach, a dla taksówkarzy skończył się okres prosperity. Zielona Góra dziś nie boi się gwałciciela. Teraz jest wściekła.

– Na kobiety, które powymyślały napady. Przez nie wszyscy umieraliśmy ze strachu. Jak widać, chyba niepotrzebnie – mówi jedna z mieszkanek. Chyba, bo nutka niepewności pozostaje. Choć niektórzy są przekonani, że gwałciciel nigdy nie istniał, inni twierdzą, że tylko się schował, przyczaił.

[srodtytul]Człowiek z bliznami[/srodtytul]

25 stycznia policja wydała komunikat o poszukiwaniach sprawcy (bądź sprawców) trzech brutalnych napaści na kobiety. Doszło do nich w Zielonej Górze, w ciągu zaledwie czterech dni. Jedna z ofiar została pobita, inna pocięta żyletką. Napady miały podtekst seksualny. Komunikatowi towarzyszył portret pamięciowy przedstawiający młodego mężczyznę z przeoraną bliznami twarzą. A także informacja o 3 tysiącach złotych nagrody za pomoc w jego ujęciu.

Nazajutrz portret przedrukowała jedna z lokalnych gazet. Kilka dni później ruszyła lawina zgłoszeń od poszkodowanych.

[wyimek]Choć śledztwo może potrwać jeszcze kilka tygodni, najpewniej zakończy się umorzeniem[/wyimek]

Policja zaczęła odnotowywać kolejne meldunki o napadach. Tajemniczy gwałciciel uderzał już nie tylko w Zielonej Górze. Objawił się w pobliskiej Świdnicy, Leśniowie Wielkim, Krośnie Odrzańskim. Ktoś widział go na przystanku autobusowym, ktoś inny u fryzjera. Miał też odgrażać się na jednym z internetowych forów.

Wkrótce portrety pamięciowe z jego podobizną trafiły na wystawy sklepów, do miejskich autobusów, na słupy ogłoszeń i drzewa na skwerach.

Kolejne samorządy dokładały się do nagrody za jego schwytanie, a Komenda Wojewódzka Policji powołała specjalny zespół do rozpracowania sprawy.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Ulice miasta zaroiły się od dziennikarzy lokalnych i ogólnopolskich mediów, największe telewizje nadawały stamtąd relacje na żywo. Zielona Góra, jak mówią policjanci, z dnia na dzień stała się „stolicą polskiej zbrodni”.

[srodtytul]Straszny zbieg okoliczności[/srodtytul]

I nagle bańka pękła. Okazało się, że do części napadów w ogóle nie doszło.

Dramatyczne opowieści zmyśliły między innymi uczennica ze Świdnicy, młoda kobieta z Leśniowa Wielkiego, 40-letnia pracownica supermarketu z Krosna Odrzańskiego. Dwie ostatnie nawet same się okaleczyły. Motywy? Próba odwrócenia uwagi od problemów szkolnych, rodzinnych, chęć zaistnienia w mediach. Lista potencjalnych ofiar gwałciciela-nożownika topniała z tygodnia na tydzień. A kolejnych przestępstw nie odnotowano.

Do kilku napadów doszło naprawdę. Jednak ich okoliczności tak bardzo różnią się między sobą, że nie sposób ich przypisać temu samemu sprawcy.

– Tego „wampira” po prostu nie było – mówi wprost „Rz” jeden z policjantów.

– W ramach jednego postępowania sprawdzamy jeszcze trzy wątki. Na razie nie ma jednak dowodów, które mogłyby wskazywać, że napadów dokonała ta sama osoba bądź osoby – przyznaje Jacek Buśko z Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze.– Niewykluczone, że mamy do czynienia ze zbiegiem okoliczności. Zielona Góra to w końcu średniej wielkości miasto.

Choć śledztwo może jeszcze potrwać kilka tygodni, nieoficjalnie śledczy przyznają, że najbardziej prawdopodobny jego finał to umorzenie.

[srodtytul]Prawie jak Ameryka[/srodtytul]

Istnienie seryjnego gwałciciela jest zatem mocno wątpliwe. Pewne jest za to, że przez kilka miesięcy rósł jego mit.

– Spirala strachu stosunkowo łatwo nakręca się w małych miejscowościach, gdzie przepływ informacji jest łatwy i szybki, bo mieszkańcy często się ze sobą kontaktują – tłumaczy zielonogórskie wydarzenia dr Ireneusz Siudem, psycholog społeczny z Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Zaznacza, że kolejne relacje często są wyolbrzymiane i ubarwiane. – Z jednej strony potęgowany strach ma wymóc na bliskich większą ostrożność. Z drugiej – ludzie łakną sensacji. A osoba, która przynosi nowe, niesamowite wieści, jest uznawana za bohatera, przez chwilę znajduje się w centrum zainteresowania – podkreśla dr Siudem.

– Niektóre kobiety sytuują się w roli ofiary, ponieważ chcą wzbudzić litość i zwrócić na siebie uwagę – tłumaczy prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog z Uniwersytetu Zielonogórskiego. – Może to wynikać z zaburzonej osobowości, ale też na przykład z chęci odwrócenia uwagi od innych swoich problemów.

Zwykle jednak zgwałcone kobiety mówią o tym niechętnie. Starają się to raczej ukryć. Dlaczego więc tym razem kłamały, by udawać ofiarę takiego przestępstwa? – Bo sprawa stała się bardzo medialna – odpowiada prof. Izdebski. – To tak jak na przykład z chorobami. Kiedy dużo się o jakiejś mówi, pojawiają się osoby, które zaczynają sobie tę chorobę przypisywać. Choćby nigdy na nią nie cierpiały.

Eksperci podkreślają, że nie bez znaczenia był też wpływ mediów. Twierdzą, że również presja dziennikarzy mogła doprowadzić do wystąpień kobiet, które opowiadały o rzekomych atakach. – Potrzeba zaistnienia w mediach jest bardzo silna, zwłaszcza gdy przy okazji można załatwić własne sprawy – podkreśla prof. Izdebski.

Zarówno policjanci, jak i eksperci są zgodni: z taką sprawą nie mieli jeszcze do czynienia. – Słyszałem rzecz jasna o podobnych przypadkach. Zwykle dotyczyły jednak Stanów Zjednoczonych – przyznaje Siudem.

Niedawno w mediach pojawiło się określenie ,,syndrom zielonogórski”. Dotyczyło ono zawiadomień o przestępstwach na tle seksualnym, do których w rzeczywistości nie doszło.

– Nie chciałbym, aby to określenie stało się powszechnie używanym terminem. Zwłaszcza jako mieszkaniec Zielonej Góry. Wolałbym, żeby nie kojarzyła się ze sprawą gwałtów – przyznaje prof. Izdebski.

Kiedy strach osiągnął apogeum, grupa mieszkanek zorganizowała darmowy kurs samoobrony dla kobiet.

– Kurs trwa, bo takie umiejętności zawsze mogą się przydać. Przynajmniej taką korzyść odniesiemy z tej nieszczęsnej historii – podkreśla Dorota Haładyn, szefowa agencji, która zorganizowała zajęcia.