Tekst z tygodnika "Plus Minus"

Czy można mówić o nostalgii za PRL? Dlaczego zamiast tradycyjnego "Precz z komuną", pojawia się czasem hasło "Komuno, wróć"?  Co nam zostało z tamtych lat, jeszcze niedawno powszechnie nazywanych "słusznie minionymi"? O tym - w najnowszym magazynie weekend.rp.pl. Najciekawsze teksty z archiwum "Rzeczpospolitej" i innych naszych tytułów, filmy, rozmowy, zdjęcia

Obchody 100-lecia urodzin Edwarda Gierka, które przypadały 6 stycznia, miały być huczne: konferencje, wystawy... Pod informacją na ten temat na Facebooku długa lista wpisów: „piękna inicjatywa, tchnął życie w polską gospodarkę", „przerwali mu dekadę", „co wtedy w Polsce zbudowano, dziś rządzący mogą wyprzedawać za nędzne grosze, zapychając dziury budżetowe".

W Sosnowcu, gdzie się urodził, przygotowywali rocznicę pod hasłem „Edward Gierek – Zagłębiak, Polak, Europejczyk – co znaczy dzisiaj?". Uaktywniły się takie organizacje jak Społeczne Ogólnopolskie Stowarzyszenie im. Edwarda Gierka czy Ruch Odrodzenia Gospodarczego im. Gierka, którym kieruje prof. Paweł Bożyk, szef jego doradców ekonomicznych w latach 70. W Zagłębiu Dąbrowskim działa też Instytut im. Gierka, którego członkowie organizują czyny społeczne, np. sadząc drzewka. Celem tych organizacji, nie jest, jak przekonują, gloryfikacja I sekretarza, ale „walka o prawdę".

W tej walce piewcy Gierka nie muszą się wcale wysilać. W ciągu ostatnich 30 lat doszło do fundamentalnej zmiany postrzegania Gierka i jego czasów. Można nawet mówić o prawdziwej „Gierkomanii". Już w latach 90. hitem był wywiad rzeka „Przerwana dekada", który przeprowadził z byłym sekretarzem Janusz Rolicki. Książka sprzedała się w rekordowej ilości 900 tys. egzemplarzy. Zaraz po śmierci Gierka, a tuż przed wyborami parlamentarnymi w 2001 roku, połowa badanych przez CBOS uznała, że dobrze zasłużył się dla Polski, a tylko 7 proc. było odmiennego zdania. Syn I sekretarza PZPR Adam Gierek niespodziewanie zdobył wówczas w wyborach do Senatu najwięcej głosów w Polsce. W innym badaniu CBOS z 2008 roku były I sekretarz uzyskał aż 55 proc. ocen pozytywnych, zdecydowanie więcej od również przeżywającego renesans Wojciecha Jaruzelskiego. Z kolei w sondażu „Gazety Wyborczej", TVN i Radia Zet Edward Gierek zwyciężył w kategorii „Najwybitniejszy powojenny przywódca Polski".

Komentuje Bogusław Chrabota

Zmiany ocen I sekretarza politycy nie mogli przeoczyć. Przed wyborami prezydenckimi w 2010 roku Jarosław Kaczyński powiedział w Sosnowcu, że Edward Gierek był „komunistycznym, ale jednak patriotą". Dodał, że cenił w I sekretarzu to, że „opozycję jakoś tam tolerował, a nie zamykał do więzienia", „chciał siły Polski", a wyśmiewane plany zostania dziesiątą potęgą gospodarczą świata były „zdrową ambicją". – On miał nawet ambicje dalej idące, takie mocarstwowe. Ja akurat to uważam za dobre – mówił Kaczyński.

Z kolei w ubiegłym roku w cieple Gierka postanowił się ogrzać Donald Tusk. 19 maja w Gdańsku powiedział, że jego pokolenie dokładnie pamięta lata 70. To nie były dobre czasy, ale to nie były też czasy, które warto przekreślić. – Gospodarskie wizyty i inwestycje za Gierka to jest raczej coś, co dobrze wspominamy, a nie źle. Więc jeśli ktoś chce mi bardzo dokuczyć i porównuje do wizyt Gierka, jestem w stanie to jakoś zaakceptować – powiedział.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Na fali kryzysu, bezrobocia i wojny polsko-polskiej wraca sentyment do I sekretarza i czasów, „gdy Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej". Mówi się o szybkim rozwoju, wielkich inwestycjach, budowaniu mieszkań i braku bezrobocia. – Im więcej czasu mija, tym bardziej ludzka pamięć przesuwa się z końca lat 70. na ich początek. Okres ten wyróżnia się na tle PRL-owskiego nieustającego kryzysu. Pojawił się koloryt po szarości Gomułki. Gierek stworzył iluzję wzrostu bez kosztów przy bezpieczeństwie socjalnym, a wielkie koszty tylko przesunięto na później – tłumaczy socjolog Andrzej Rychard.

Co ciekawe, coraz pozytywniej dostojnika PRL oceniają nie tylko ludzie starsi, którzy utożsamiają z nim młodość, a więc „dobre czasy", ale i młodzież, którzy Gierka znają z opowiadań. – Myślą, że można połączyć Internet, komórki z ówczesnym bezpieczeństwem socjalnym – dodaje Andrzej Rychard.

– Widziałem w sklepie „kiełbasę jak za Gierka". Tymczasem nie było gorszej kiełbasy niż wówczas produkowana – mówi z kolei ekonomista Ryszard Bugaj.

Już w 1990 roku Lech Wałęsa w dedykacji podarowanej Gierkowi swojej książki „Droga nadziei" napisał, że za samo otwarcie na świat i Europę należy mu się pomnik. I pomniki Gierka będą powstawać. Na razie jest patronem ronda w Sosnowcu, a stołeczni radni SLD chcą nazwać jego imieniem rondo w Warszawie.

To niesłychana metamorfoza. Na początku lat 80. Edward Gierek był na samym dnie. Znienawidzony przez społeczeństwo, dla którego był symbolem niewydolnego, skorumpowanego systemu, walącej się gospodarki, kolejek i kartek na cukier, a zarazem przez Moskwę i towarzyszy partyjnych obwiniających go o dopuszczenie do powstania „S" i tolerowanie opozycji. Odwrócili się nawet najbliżsi przyjaciele i działacze PZPR zawdzięczający mu karierę. Grożono mu sądem, odebrano odznaczenia, szykanowano. W stanie wojennym internowanego Gierka generał Wojciech Jaruzelski trzymał w ośrodku wojskowym pod Drawskiem Pomorskim w dwuosobowym pokoju z umywalką i toaletą na korytarzu. To był pierwszy krok do powstania mitu Gierka i „przerwanej dekady".

Pan i parobczaki

Edward Gierek nie był ani intelektualistą, ani dobrym mówcą, czytał z kartki, a jego wypowiedzi pełne były nowomowy. Już w szkole partyjnej w Łodzi, do której uczęszczał przez dwa lata, uznano, że wybitnym dygnitarzem nie będzie. A jednak na tle innych przywódców PRL, a zwłaszcza kłótliwego i przekonanego o swej nieomylności marksisty, jakim był Władysław Gomułka, robi wrażenie.

Tak opisuje go w swoim abecadle Jerzy Urban, któremu udało się przejechać windą w KC razem z nim i jego świtą: „Stał w windzie dorodny pan, ubrany w świetnie skrojony garnitur i pachniał pierwszorzędnymi kosmetykami. Otoczony był wymiętymi, spoconymi kurduplami. Pamiętam ten kontrast: wielkie panisko, a wokół folwarczne parobczaki o szemranych buźkach, ustawione do niego jak plażowicze do słońca".

W telewizji pojawia się w towarzystwie czołowych światowych przywódców. Po francusku swobodnie rozmawia z prezydentem Giscardem d'Estaign, przyjmuje w Warszawie trzech amerykańskich prezydentów. Przede wszystkim jednak Gierek ma dobry kontakt z ludźmi. Potrafił być ujmujący i bezpośredni, powiedzieć: „jesteśmy z tej samej gliny", „Pomożecie? No".

Edward Gierek wyróżnia się też życiorysem. Przyszłego przywódcę narodu ukształtowały trudne dzieciństwo i młodość. Urodził się 6 stycznia 1913 roku w Porąbce koło Sosnowca. W wieku czterech lat traci ojca, który ginie, podobnie jak dziadek, w kopalni Kazimierz-Juliusz. Musi opiekować się roczną siostrą, gdy matka wychodzi do pracy. By dym z kopalnianej kotłowni nie wlatywał do mieszkania, mały Edward moczy szmaty w miednicy i zakleja nimi szpary w oknach.

W 1923 roku z ojczymem wyjeżdża do pracy we Francji i jako 13-latek znajduje zajęcie w kopalni w pobliżu alzackiego miasta Belfort. Rodzina często zmienia miejsce pobytu, a młody Gierek nieraz nocuje na ulicy jak kloszard. Wstępuje do francuskiej partii komunistycznej i w 1934 roku za udział w strajku zostaje deportowany. Jak wspomina w „Przerwanej dekadzie", francuscy policjanci pozwalają mu się tylko umyć. Trzy lata później emigruje do Belgii.

PRL-owska propaganda rozdyma jego działalność antyniemiecką w czasie wojny. Sam Gierek przyznaje skromnie, że był jedynie „trybikiem w machinie ruchu oporu". Odkłada dynamit używany w kopalni, wynosi go i przekazuje człowiekowi, którego rozpoznaje po rowerze.

Wraca do kraju w 1948 roku. Trzy lata później wykorzystuje swą wielką szansę. Na Śląsku trwają strajki przeciw wydłużeniu dnia pracy. Jedną ze stojących kopalń jest Kazimierz-Juliusz. Trzeba przyznać, że nie brakuje mu odwagi. Zjeżdża do strajkujących. Witają go bez entuzjazmu: „Czego tu chcesz skur...?". Po czym pada wezwanie: „Do szybu z nim!". Gierek tak przedstawia swoje ocalenie: „Kogo chcecie wrzucić? Mnie?" – krzyczy. – „Tu krwi moich ojców przelano już wiele. Tu zginął mój ojciec, dziad i krewni". Zapada cisza. Po kilku godzinach strajkujący wyjeżdżają na powierzchnię.

Akcja Gierka zostaje dostrzeżona i doceniona. W 1954 roku sam Bierut dzwoni i informuje o awansie do KC na kierownika wydziału ekonomicznego. Po trzech latach wraca na Śląsk, gdzie jako I sekretarz KW w Katowicach szybko zyskuje opinię dynamicznego gospodarza regionu, dla wrogów – „udzielnego władcy Katangi". Wywalcza w centrali wyższe pensje dla górników i lepsze zaopatrzenie, rozpoczyna większe inwestycje (wtedy powstaje katowicki Spodek).

Tuż przed wydarzeniami grudniowymi w 1970 roku jest już faworytem wśród potencjalnych następców towarzysza „Wiesława". Zdaniem historyka prof. Jana Żaryna wspiera go frakcja „partyzantów" Mieczysława Moczara. Po krwawych wydarzeniach na Wybrzeżu zostaje I sekretarzem.

Wielki skok na kredyt

Dzisiejsze 50-latki pamiętają dobrze początki lat 70., gdy w Polsce zaczęło się żyć lepiej po siermiężnych czasach Gomułki. W pierwszej połowie lat 70. popuszczono pasa. Płace wzrosły aż o 40 proc., rosły też rozmaite świadczenia społeczne. Poprawiło się zaopatrzenie. W sklepach pojawiła się coca-cola, papierosy Marlboro, nowe telewizory i magnetofony Grundig. – Mieszkałem w śródmieściu Warszawy i mogłem zejść do supersamu i kupić włoskie wino chianti i migdały. Tego wcześniej nie było – wspomina Ryszard Bugaj.

Przez pierwsze lata gospodarka rosła w szybkim tempie, co spowodowało, że apologeci Gierka ukuli nawet termin „drugie uprzemysłowienie Polski". Liczba zatrudnionych w przemyśle wzrosła z 4,1 do 5,2 mln. Zbudowano lub zmodernizowano 557 zakładów przemysłowych. Powstawało nawet 270 tys. mieszkań rocznie. Ulgę poczuli rolnicy. Gierek zlikwidował obowiązkowe dostawy płodów rolnych dla państwa i mogli decydować, co uprawiają. Nie dziwi więc, że szczególnie dobre notowania ma obecnie wśród rolników.

– Gierek to pierwszy wielki polski populista – uważa ekonomista prof. Stanisław Gomułka. Usiłował robić dwie rzeczy trudne do pogodzenia. Rozpoczął wielkie inwestycje, głównie w infrastrukturę i przemysł ciężki, oraz podniósł pensje i rozbudził wielkie apetyty konsumpcyjne Polaków.

Pomysł Gierka i jego ekipy na rozwój Polski wydaje się wówczas genialny w swej prostocie. Na Zachodzie kredyt jest bardzo tani. Wystarczy wziąć pieniądze, kupić nowe maszyny, postawić fabryki i produktami z tych fabryk spłacić dług. – Byłem większym optymistą niż powinienem. Wierzyłem, że to może się udać – przyznaje dziś prof. Gomułka, który na początku lat 70. przedstawiał polskie przemiany na Oksfordzie. – Wywiązała się dyskusja. Słuchający mnie Anglicy byli sceptyczni. Nie wierzyli, że państwowy aparat i gospodarka centralnie planowana to udźwigną. I mieli rację.

Gierek skupia się na przemyśle ciężkim. Powstają Port Północny w Gdańsku, fabryka samochodów w Tychach, Huta Katowice, wielkie zakłady chemiczne. Mimo zakupu setek licencji na nowe technologie i produkty z otwieranych zakładów nie są konkurencyjne. W końcu lat 70. eksport w oparciu o licencje stanowi ledwie 4,5 proc. eksportu. Wydajność rośnie zbyt wolno. W dodatku wszystko jest niezwykle materiałochłonne i energochłonne. Aby sprostać zapotrzebowaniu na prąd, trzeba zbudować 11 elektrowni.

Czterdziestolatek czy Miś?

W drugiej połowie lat 70. polska gospodarka staje się golemem, który wyrwał się spod kontroli. Planując liczne fabryki domów i zwiększając liczbę oddawanych mieszkań, zapomniano o produktach, którymi mieszkania się zapełnia, a więc budowie fabryk mebli czy dywanów. Trzeba więc było jeszcze bardziej poszerzyć front inwestycyjny, choć już zaczynało brakować materiałów, energii, a na potencjalnych pracowników organizowano „łapanki" na wsi. Szokować może niefrasobliwość Gierka i jego współpracowników. Sam I sekretarz przyznał, że nie wzięto pod uwagę prostego faktu, iż rozbudowa jednej fabryki musi pociągnąć za sobą konieczność kosztownej modernizacji u kooperantów. Pojawiają się żarty, że gdyby na pustyni wprowadzić system komunistyczny, szybko zabrakłoby piasku.

Że wielki skok w systemie gospodarki nakazowo-rozdzielczej i paraliżującej ją walki grup interesów nie mógł się udać, pokazuje przykład Jacka Karpińskiego, wybitnego wynalazcy, który zaprojektował w 1969 roku pierwszy w kraju minikomputer. Urządzenie pracowało z szybkością miliona operacji na sekundę, szybciej niż pierwsze komputery osobiste, które pojawiły się 10 lat później. Najpierw w przedsiębiorstwie Mera zebrał się aktyw i uznał, że nie da się tego zrobić, bo „jakby było można, to na Zachodzie już dawno coś takiego by zbudowano". Potem problemem okazało się, że w innym zakładzie Elwro, gdzie 6 tys. ludzi wytwarzało Odrę, komputer wielkości szafy i znacznie gorszy, podczas gdy Karpiński produkował lepszy i tańszy przy pomocy 200 ludzi. Aparat partyjny uznał Karpińskiego za sabotażystę i dywersanta niszczącego polski przemysł. Wyrzucono go z pracy, a niedokończone komputery zniszczono. Karpiński skończył kurs rolniczy, w 1978 roku wydzierżawił gospodarstwo na Warmii i zajął się hodowlą świń.

W inwestycjach w czasach Gierka absurd goni absurd. Hutę Katowice buduje się w przestarzałej radzieckiej technologii, gdy ceny energii poszły w górę. Dociąga się do niej linię hutniczo-siarkową, szerokotorową, która stać będzie pusta. – Chcieli nawet Wisłę uregulować. To było kompletne bujanie w obłokach. Byli już na dnie, a dalej brnęli w wielkie inwestycje – mówi Ryszard Bugaj.

Na początku lat 70. trafił do komisji planowania i mógł z bliska obserwować, jak bije serce komunistycznej gospodarki. – To było deprymujące. O wszystkim przesądzał aparat, zero ekonomii, lobbingowe grupy wyrywające sobie, kto ma dostać zaopatrzenie, a kto jakąś inwestycję.

Lata 70. widzimy przez pryzmat „Czterdziestolatka", ale bliższe prawdy były raczej „Miś", „Alternatywy 4" czy „Poszukiwany, poszukiwana". Planowanie bardziej przypominało kultową scenę z tego ostatniego filmu z Jerzym Dobrowolskim, z „zawodu dyrektorem", wprowadzającym poprawki na makiecie osiedla i przenoszącym jezioro.

Gierek musi być świadom sytuacji. Gdy docieka, dlaczego rozbudowany Ursus, który zakupił licencję Massey-Ferguson i ma znacznie zwiększyć produkcję, nie może tego zrobić, dowiaduje się, że wciąż nie jest gotowa lubelska odlewnia. A nie jest gotowa, bo budowa jest tylko pozorowana. Środki na nią wydano już bowiem na co innego.

„Taki był nacisk społeczny i polityczny, że towarzysze zajmujący się gospodarką nie mogli nagle zakręcić inwestycyjnego kurka – tłumaczy w „Przerwanej dekadzie". Nie ma odwagi, by odejść od księżycowej gospodarki nakazowo-rozdzielczej nawet na milimetr. Reformy gospodarcze? I sekretarz był przekonany o wyższości systemu „socjalistycznego" nad kapitalistycznym. Po latach przekonywał, że przecież „nie było wówczas żadnej koncepcji reformy socjalizmu".

Aby móc spłacać szybko rosnące długi, musi wyhamować popyt wewnętrzny. Podwyżki wywołują jednak niepokoje w Radomiu i Ursusie. Ugina się wtedy i od tego czasu znajduje się już na równi pochyłej. W 1979 roku po raz pierwszy od czasów wojny PKB spada. To właśnie kłopoty gospodarcze doprowadzają do powstania „Solidarności", a nie odwrotnie, o czym zapomina wielu piewców I sekretarza. Nawet gdyby nie było strajków sierpniowych, upadłby kilka miesięcy później.

Chwalący Gierka często nawiązują do obecnych czasów i równowartości 100 mld dol., o które zwiększyło się zadłużenie Polski za rządów Donalda Tuska. Jak w takiej sytuacji czepiać się Gierka, który miał raptem 20 mld dol. zobowiązań? To bałamutne. Po pierwsze, ze względu na inflację dzisiejszy dolar jest kilkukrotnie mniej wart niż wówczas, po drugie zaś liczy się nie tyle sama wielkość długu (czy nawet stosunek do PKB), bo wtedy bankrutami byłyby już dawno USA czy Japonia, ile wiarygodność w oczach rynków finansowych i zdolność do jego obsługi.

W końcu lat 70. na obsługę długu trzeba było wydawać prawie trzy czwarte rocznych wpływów z eksportu, które wynosiły ledwie 6–8 mld dol. Tymczasem teraz roczny eksport wynosi równowartość około 200 mld dol. Różnica jest po prostu miażdżąca. Gierkowski dług spłaciliśmy w październiku ubiegłego roku.

Gierek nigdy nie przyznał się wyraźnie do błędów. W „przerwanej dekadzie" przekonywał: „Zostaliśmy zatopieni bosakami u końca przeprawy. I nie przez „Solidarność", ale przez towarzyszy partyjnych.

Patriota? Liberał?

Kustosze pamięci Edwarda Gierka uważają go za patriotę i liberała. I sekretarz miał dążyć do wzmocnienia pozycji Polski, a w polityce wewnętrznej być łagodnym dla opozycji. Wyrobienie sobie jasnego poglądu w tej sprawie jest trudne, bo Gierek pokazywał często różne twarze. Trudno dociec, która jest prawdziwa. Gestem patriotycznym była bez wątpienia decyzja o odbudowie Zamku Królewskiego. Miał też dążyć do budowy dla Polski pozycji drugiego po ZSRR członka bloku socjalistycznego. Jego decyzje o budowie portu północnego w Gdańsku służyły też uniezależnieniu się od radzieckiej ropy i rudy żelaza. Zaraz potem jednak budował Hutę Katowice.

Wysłanie w kosmos Mirosława Hermaszewskiego miało budować prestiż Polski. Paweł Bożyk w swej książce „Hanka, miłość, polityka" wspomina nawet o ówczesnych tajnych planach budowy broni atomowej, czego nie można jednak w żaden sposób zweryfikować. Zapraszanie zachodnich przywódców do Polski przez Gierka nie musiało też być oznaką jego nadzwyczajnej niezależności od ZSRR, bo wpisywało się w ówczesną politykę odprężenia. – Trudno sobie wyobrazić, by robił to bez zgody Kremla – mówi Jan Żaryn, ale przyznaje, że co najmniej raz wyraźnie nie posłuchał ostrzeżeń Moskwy, czego mu później nie zapomniano. Chodziło o zaproszenie papieża w 1979 roku.

Wcześniej jednak pokazał inną twarz. W 1974 roku wręczył Leonidowi Breżniewowi order Virtuti Militari I klasy, a w dwa lata później wprowadzono do konstytucji poprawki ograniczające suwerenność kraju: o PZPR jako przewodniej sile społeczeństwa oraz o umacnianiu przyjaźni i współpracy z ZSRR.

W filmie „Kochaj albo rzuć" polonus z Chicago mówi do Pawlaka i Kargula: „Ja tam nie mam nic przeciw waszemu rządowi. Byle tylko tych komunistów do władzy nie dopuszczali". Coś takiego za Gomułki byłoby nie do pomyślenia. Za czasów Gierka Polska staje się najweselszym barakiem obozu socjalistycznego. Dzięki liberalizacji przepisów paszportowych w 1970 roku za granicę wyjechało, głównie turystycznie, 870 tys. osób, zaś w 1979 roku – już 9,5 mln. Dla przeciętnego Polaka osiągalne stają się wczasy w Bułgarii.

Reżyser Kazimierz Kutz uważał swego ziomka za „marnego bolszewika", który nie był okaleczony leninowską nienawiścią rewolucyjną ani ślepą dyscypliną partyjną". Miał ślub kościelny, ochrzcił dzieci, matkę pochował z wielkimi honorami, po katolicku. Za Gierka poprawiły się relacje z Kościołem, do kardynała Stefana Wyszyńskiego I sekretarz zwracał się „ekscelencjo".

Bezpośredni, wrażliwy na biedę, aby ugasić strajki w kopalniach w 1951 roku czy w Szczecinie w 1971 roku, spotyka się bez obstawy z robotnikami. Potrafił jednak pokazać zupełnie inną twarz. W marcu 1968 roku podczas wystąpień studenckich ostro atakuje intelektualistów. „Owi Zambrowscy, Staszewscy, Słonimscy i spółka rodzaju Kisielewskiego, Jasienicy i innych (...) dowiedli niezbicie, że służą obcym interesom". Po zatrzymaniu przez MO grupy warszawskich studentów jadących na Śląsk tak przemawiał do aktywu: „Jechali zamącić spokojną śląską wodę. Nietrudno się domyślić, kto łoży na organizowanie awantur w Warszawie i kraju. Są to ci sami zawiedzeni wrogowie Polski Ludowej, których życie nie nauczyło rozumu, którzy przy okazji dają o sobie znać, różni pogrobowcy starego ustroju, rewizjoniści, syjoniści, sługusy imperializmu. Chcę z tego miejsca stwierdzić, że śląska woda nigdy nie była i nie będzie wodą na ich młyn. I jeśli poniektórzy będą nadal próbować zawracać nurt naszego życia (...) to śląska woda pogruchocze im kości". I rzeczywiście gruchotała. Podczas próby wręczenia petycji Gierkowi pobito demonstrantów i przechodniów.

Gdy w czerwcu 1976 roku dochodzi do strajków i demonstracji w Radomiu i Ursusie, wpadł we wściekłość. Referujący sytuację sekretarz radomskiego komitetu wojewódzkiego Janusz Prokopiak słyszy: „Powiedz tym swoim radomianom, że ja mam ich wszystkich w dupie i te wszystkie działania też mam w dupie. Zrobiliście taką rozróbę i chcecie, by to łagodnie potraktować? To warchoły, ja im tego nie zapomnę". Strajkujących milicja traktuje osławionymi „ścieżkami zdrowia", choć z drugiej strony trzeba przyznać, że do robotników się nie strzela jak za Gomułki.

Trudno, by za takie rzeczy stawiać Gierka na piedestale. Jednak jedna jego zasługa, wprawdzie niezamierzona, jest absolutnie bezsporna. Przyczynił się do rozpadu systemu komunistycznego.