Rokita stwierdził więc, że „wspólnie płyniemy znowu potężnym nurtem sarmacko-romantycznego zwycięskiego patriotyzmu. Ów nurt jest dzisiaj prawdziwie wielkim zwycięzcą o sens polskości (…) ma swojego nowego patrona na cały polski XXI wiek: spoczywającego na Wawelu męczennika Lecha Kaczyńskiego“. Dalej Rokita, znany przez kilkanaście lat z dość pragmatycznego etatyzmu, mówi, że „ludzie myślący tak jak ja ponieśli bolesną porażkę. Nie zaistniał inny model myślenia patriotycznego niż sarmacki neoromantyzm Kaczńskiego (…) obowiązujej jeden rodzaj miłości do kraju. (…) Jak ktoś chce dzisiaj to wszystko podważyć, to musi się rozprawić nie ze zmarłym prezydentem, ale z Mickiewiczem, powstaniem stycznowym, konfederacją barską i księdzem Markiem. Także z Solidarnością, czyli z Polską. Życzę powodzenia“.
Stąd wynikła efektowna metafora, którą powtarzały media: „więc pokornie biorę pod jedną rękę Jacka Soplicę, pod drugą pana Zagłobę i idziemy razem do krytpty Srebrnych Dzwonów“. Co prawda część wywiadu Rokita poświęca na rozważania o możliwych scenariuszach rozegrania zbiorowych emocji („zapotrzebowanie na narodową jedność“) w praktyce politycznej, ale pesymizm nie podsuwa mu gotowych scenariuszy obrócenia tego w pożytek dla wspólnoty, którą mimo spaceru z Zagłobą, Rokita nadal rozumie przede wszystkim w kategoriach państwa. Wyraża wprawdzie życzenie, by „uwolniona energia romantyczna została przekuta w jakiś wysiłek państwowy“ – np. reformę konstytucyjną, sam jednak stwierdza że to „mało prawdopodobne“, bowiem „Polska rozkochała się na nowo w swoim neoromantycznym micie, a nie w swojej państwowości“.
„Język romantyczny. Nie mamy innego“ – mówi dziś Jerzy Jedlicki w wywiadzie dla „Wyborczej“. „Ten język i liturgia katolicka świetnie się uzupełniają. Nawet młodzież, która przecież zwykle wyśmiewa się z rytuałów, z uroczystych słów, coś przeżywała i sięgała po stare symbole i pieśni (…) Nasi notable nie lecieli do Smoleńska na krwawy bój. To była katastrofa i tyle. A mimo to pojawia się język i obrzęd sakralno-romantyczny“. Dociskany przez dziennikarza o to, czy aby na pewno rytuał nie jest już całkiem pusty, Jedlicki dodaje: „Zgoda, że życie go drąży, ale jeszcze nie wydrążyło (…) zachowania nie są puste, nawet jeśli służą tylko na potrzeby takich uroczystości“.
Skąd ta żywotność – pada pytanie - skoro Polska jest wolna, więc zanikły warunki sprzyjające myśleniu w kategoriach heroicznych? Jedlicki w odpowiedzi wypowiada kilka rzeczy ważnych, zwłaszcza w ustach szanowanego autorytetu umysłowego środowisk, które sama „Wyborcza“ określa od paru lat mianem liberalno-demokratycznych: „Dzisiaj, zgoda, mamy tę swobodną przestrzeń. A mimo to wielu ludzi odczuwa brak, ale zgoła inny. To brak ideałów, wzorów działania pospólnego, brak drogowskazów (…) nasza radosna transformacja nie zdołała jak dotąd stworzyć takiej kopuły wartości i symboli, które zastąpiłyby tę starą kopułę (…)“. Można przy okazji zapytać, czy więcej nam to mówi o trwałości „starej“ kopuły, czy o jakości naszej transformacji… Jedlicki opowiada nieco dalej o niej jako o „czasach postępującej anomii“.
„Gdy słyszę lub czytam, jak młoda Polka odlatując za granicę mówi ‘a na co mi ta Polska? Co ona mi daje?‘, to czuję gorycz. W poprzednich pokoleniach dziewczyny nie zadawały takich pytań“. Cóż można na taką anomię poradzić, poza konstatacją, że jedyny język wartości, jaki jeszcze jako-tako czasami nas wiąże, to idiom romantyczny i heroiczny, a więc mało przydatny w zwyczajne dni? „Chciałbym, aby wykształcił się u nas patriotyzm oparty na odpowiedzialności za dobro wspólne, za państwo (…) patriotyzm nieagresywny, nikogo niewykluczający (…) patriotyzm cywilizacyjny“. Profesor Jedlicki nie zdradza w rozmowie, czy jest w tym względzie pesymistą takim jak Rokita, ale z reszty rozmowy można chyba odczuć podobny nastrój.