Reklama

Jak Zagłoba nie sprawdził żarówek

Przegląd prasy z tego weekendu wypada zacząć od przypomnienia wywiadu jakiego Jan Rokita udzielił we wtorek „Tygodnikowi Powszechnemu“. Jego diagnoza tego, co doświadczenia ostatnich kilkunastu dni mówią o nas jako zbiorowości w sensie symbolicznym i jak ta symbolika przełoży się na najbliższy sezon polityczny „ustawiła“ dyskusję, jaką i dziś prowadzą publicyści sobotnich gazet.

Publikacja: 24.04.2010 16:46

Paweł Bravo

Paweł Bravo

Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek

Rokita stwierdził więc, że „wspólnie płyniemy znowu potężnym nurtem sarmacko-romantycznego zwycięskiego patriotyzmu. Ów nurt jest dzisiaj prawdziwie wielkim zwycięzcą o sens polskości (…) ma swojego nowego patrona na cały polski XXI wiek: spoczywającego na Wawelu męczennika Lecha Kaczyńskiego“. Dalej Rokita, znany przez kilkanaście lat z dość pragmatycznego etatyzmu, mówi, że „ludzie myślący tak jak ja ponieśli bolesną porażkę. Nie zaistniał inny model myślenia patriotycznego niż sarmacki neoromantyzm Kaczńskiego (…) obowiązujej jeden rodzaj miłości do kraju. (…) Jak ktoś chce dzisiaj to wszystko podważyć, to musi się rozprawić nie ze zmarłym prezydentem, ale z Mickiewiczem, powstaniem stycznowym, konfederacją barską i księdzem Markiem. Także z Solidarnością, czyli z Polską. Życzę powodzenia“.

Stąd wynikła efektowna metafora, którą powtarzały media: „więc pokornie biorę pod jedną rękę Jacka Soplicę, pod drugą pana Zagłobę i idziemy razem do krytpty Srebrnych Dzwonów“. Co prawda część wywiadu Rokita poświęca na rozważania o możliwych scenariuszach rozegrania zbiorowych emocji („zapotrzebowanie na narodową jedność“) w praktyce politycznej, ale pesymizm nie podsuwa mu gotowych scenariuszy obrócenia tego w pożytek dla wspólnoty, którą mimo spaceru z Zagłobą, Rokita nadal rozumie przede wszystkim w kategoriach państwa. Wyraża wprawdzie życzenie, by „uwolniona energia romantyczna została przekuta w jakiś wysiłek państwowy“ – np. reformę konstytucyjną, sam jednak stwierdza że to „mało prawdopodobne“, bowiem „Polska rozkochała się na nowo w swoim neoromantycznym micie, a nie w swojej państwowości“.

„Język romantyczny. Nie mamy innego“ – mówi dziś Jerzy Jedlicki w wywiadzie dla „Wyborczej“. „Ten język i liturgia katolicka świetnie się uzupełniają. Nawet młodzież, która przecież zwykle wyśmiewa się z rytuałów, z uroczystych słów, coś przeżywała i sięgała po stare symbole i pieśni (…) Nasi notable nie lecieli do Smoleńska na krwawy bój. To była katastrofa i tyle. A mimo to pojawia się język i obrzęd sakralno-romantyczny“. Dociskany przez dziennikarza o to, czy aby na pewno rytuał nie jest już całkiem pusty, Jedlicki dodaje: „Zgoda, że życie go drąży, ale jeszcze nie wydrążyło (…) zachowania nie są puste, nawet jeśli służą tylko na potrzeby takich uroczystości“.

Skąd ta żywotność – pada pytanie - skoro Polska jest wolna, więc zanikły warunki sprzyjające myśleniu w kategoriach heroicznych? Jedlicki w odpowiedzi wypowiada kilka rzeczy ważnych, zwłaszcza w ustach szanowanego autorytetu umysłowego środowisk, które sama „Wyborcza“ określa od paru lat mianem liberalno-demokratycznych: „Dzisiaj, zgoda, mamy tę swobodną przestrzeń. A mimo to wielu ludzi odczuwa brak, ale zgoła inny. To brak ideałów, wzorów działania pospólnego, brak drogowskazów (…) nasza radosna transformacja nie zdołała jak dotąd stworzyć takiej kopuły wartości i symboli, które zastąpiłyby tę starą kopułę (…)“. Można przy okazji zapytać, czy więcej nam to mówi o trwałości „starej“ kopuły, czy o jakości naszej transformacji… Jedlicki opowiada nieco dalej o niej jako o „czasach postępującej anomii“.

„Gdy słyszę lub czytam, jak młoda Polka odlatując za granicę mówi ‘a na co mi ta Polska? Co ona mi daje?‘, to czuję gorycz. W poprzednich pokoleniach dziewczyny nie zadawały takich pytań“. Cóż można na taką anomię poradzić, poza konstatacją, że jedyny język wartości, jaki jeszcze jako-tako czasami nas wiąże, to idiom romantyczny i heroiczny, a więc mało przydatny w zwyczajne dni? „Chciałbym, aby wykształcił się u nas patriotyzm oparty na odpowiedzialności za dobro wspólne, za państwo (…) patriotyzm nieagresywny, nikogo niewykluczający (…) patriotyzm cywilizacyjny“. Profesor Jedlicki nie zdradza w rozmowie, czy jest w tym względzie pesymistą takim jak Rokita, ale z reszty rozmowy można chyba odczuć podobny nastrój.

Reklama
Reklama

Z Jedlickim koresponduje głos młodej Polki, wypowiedziany przez Miladę Jędrysik dwie strony wcześniej: „kondukt, który szedł na Wawel wyszedł prosto z serialu Królowa Bona“. Serialowe porównanie jest – choć mogę się mylić - wyrazem dystansu, z jakim ktoś odbiera przede wszystkim dekoracyjny, inscenizowany aspekt rytuałów i obrzędów. Odsyła to nas do innej kapitalnej kwestii, o którą toczą spór publicyści. „Lud zdecydował“ – głosi tytuł wywiadu z Rokitą. „Nie sądzę, by archetypy poruszały wszystkich. W TV widzieliśmy tylko tych, którzy temu nastrojowi ulegali, stali w kolejce do trumien, poddawali się patosowi słów. Mniej było widać tych, którzy się rytuałom nie poddają“ – kontruje Jedlicki. „Nie do końca wiadomo kim byli ludzie gromadzący się na uroczystościach (…) z pewnością nie stanowili większości. Większość została w domach“ – pisze z kolei Piotr Zaremba w przenikliwej analizie meandrów polityki posmoleńskiej na łamach „Polski“.

Ta mniejszość była jego zdaniem na tyle liczna, że „i tak przestraszyła liberalno-lewicowe elity“. Poświęca więc swój tekst sposobom reagowania na ten strach oraz szansom i ryzyku wszelkich zabiegów na traumatycznych nastrojach elektoratu ze strony obu partii. „W tym sensie skutki katastrofu miałyby się okazać paradoksalne. Śmierć prezydenta i dużej grupy polityków jego obozu mogłaby zaowocować odrodzeniem (…) Politycy na razie nie komentują tych paradoksów. Wiedzą, że jeden fałszywy ruch może z nich uczynić nieczułych, wyzbytych z empatii obrazoburców (PO) albo przekupniów handlujących tragedią (PiS). Ale niewątpliwie zaczęli już uważnie obserwować pole bitwy“.

Najwięcej miejsca poświęca Zaremba Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego dylematom „nie do pozazdroszczenia“. „Czy stanie się liderem mścicielem (…) czy też politykiem odbierającym Tuskowi monopol na jednoczenie Polaków?“. „Styl, w jakim lider PiS będzie zabiegał, może już w najbliższym czasie, o wyborców, może mieć znaczenie fundamentalne – i dla niego, i dla państwa“. Zaremba przytomnie zauważa, że Kaczyński nie zasiadł jeszcze do „partii szachów“ a jego wypowiedzi już dziś są interpretowane na wyrost (jak np. odwołania do wspólnej walki zawarte w mowach nad grobami zabitych towarzyszy politycznych). „Jeszcze Kaczyński, człowiek, który przeżył tragedię, nic nie powiedział, a już jest obwoływany rannym łosiem, który zburzy spokój Polski“.

Słowa Zaremby o dynamice procesów społecznych po tragedii, która sprawi iż „polityka mogłaby się stać odrobinę bardziej merytoryczna“ nie tchną dużym optymizmem, to raczej zaklęcia publicysty, który czuje się w obowiązku wskazać, że z każdej sytuacji jest możliwe jedno lepsze wyjście. Wiarygodniej za to brzmią adresowane wprost do Rokity uwagi: „w jakieś potężne oddziaływanie posmoleńskiego mitu nie wierzę (…) normalne objawy żałoby brano za wszechogarniający mesjanizm. W tym sensie strach intelektualistów z kręgu Wyborczej i ledwie skrywana nadzieja niektórych postaci z kręgów okołopisowskich wydają mi się przesadne“.

Przesadą jest, wedle Zaremby ogłaszanie triumfu politycznego romantyzmu: „Tradycji stańczyków na miejscu Jana Rokity nie wyrzucałbym na śmietnik. Nie jest przecież tak, że PiS nie przechowało jakiegoś kawałka instynktu państwowego (…) niektórzy ministrowie, którzy zginęli w rozbitym samolocie, byli modernistami“. I o tym nieco zapomnianym modernizacyjnym dziedzictwie PiS przypomina stronę dalej Jadwiga Staniszkis, niezmordowana orędowniczka zimnego myślenia o procesach na styku idei i instytucjonalnej maszynerii: „Jarosław Kaczynski musi zacząć mówić językiem mechanizmow, instytucji i strategii na przyszłość. Musi przekonać, że jest w stanie je naprawiać. Przecież nawet ta tragiczna katastrofa jest wynikiem bylejakości instytucji i procedur w Polsce. Nie szukając teorii spiskowych, widać , że polskie służby nie pojechały do Smoleńska sprawdzić, czy (…) nawigacja jest sprawna. Administracja amerykańska to robi“.

Tę samą myśl prościej, ale bez brukowego prostactwa, artykułuje w „Fakcie“ Stanisław Janecki: „Lotnisko pod Smoleńskiem to postsowieckie dziadostwo. Z lampami przypominającymi plastikowe wiaderka z żarówkami (…) Polskie tajne służby, które odpowiadają za bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie, mogły się nie zgodzić na lądowanie tam najpierw premiera, potem prezydenta. Jeśli nie wiedziały, że lotnisko może być niebezpieczne, to do niczego się nie nadają. Jeśli wiedziały i nic nie zrobiły, to ktoś powinien trafić przed prokuratora. Nie zwalajmy zaniedbań naszych służb na Rosjan. (…) Między dziadostwem na lotnisku i w pracy komisji a zamachem jest jednak ogromna różnica. Słusznie mamy pretensje że nasi prokuratorzy mają w tej sprawie mało do gadania. Ale bez dowodów nie róbmy z Rosjan zamachowców. I pamiętajmy, że najpierw powinniśmy rozliczyć własne służby: ABW, SKW, BOR a wreszcie MON“.

Reklama
Reklama

Kwestia blokad, dziwnych luk i wątpliwości co do tego, jak się toczy w Rosji śledztwo w sprawie katastrofy, zajmuje dziś sporo miejsca we wszystkich tzw. poważnych gazetach. Ale najsensowniejszy konrapunkt do tej sprawy oraz rozważań czołowych piór o mesjanizmie, sarmatyzmie i potrzebie myślenia o państwie, znalazłem dziś w tabloidzie.

Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/pawelbravo/2010/04/24/jak-zagloba-nie-sprawdzil-zarowek/]blog.rp.pl/pawelbravo[/link]

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Kraj
Lotnisko Chopina bije rekordy. Pasażerowie szturmują bramki, a port szykuje się do rozbudowy
Warszawa
Znany biurowiec zniknie z mapy Warszawy. Pekao Tower idzie do rozbiórki
Kraj
„Rzecz w tym": Trzy medale i wielkie emocje. Czy to już sukces?
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama