Reklama

Wyprawa śladem uciekiniera z łagru

Polscy podróżnicy wrócili do kraju. Wyprawę dedykują ofiarom Sowietów

Publikacja: 22.11.2010 03:16

Wyprawa śladem uciekiniera z łagru

Foto: ROL

Osiem tysięcy kilometrów. Syberia – Mongolia – Chiny – Tybet – Nepal – Indie. Bezkresna tajga, rwące górskie rzeki, spękana od słońca pustynia Gobi i zaśnieżone przełęcze Himalajów. Kilkudziesięciostopniowe upały i silne mrozy. Ulewne deszcze i burze piaskowe.

Trzech polskich podróżników pokonało trasę, którą podczas wojny przeszedł wraz z towarzyszami Witold Gliński, młody polski uciekinier z sowieckiego łagru.

– To było chyba najtrudniejsze pół roku w moim życiu – powiedział „Rz” Tomasz Grzywaczewski po wylądowaniu na lotnisku w Warszawie. – Ekstremalne warunki zmuszały nas do olbrzymiego wysiłku. Na Syberii przebijaliśmy się przez dziewiczą tajgę, całymi tygodniami nie spotykając człowieka. Na pustyni Gobi, którą pokonaliśmy rowerami, koła grzęzły w wydmach, a temperatura przekraczała 40 stopni. W Himalajach brakowało nam tlenu, a rano budziliśmy się oszronieni.

Podróżnicy spędzali noce pod gołym niebem, ale często przyjmowali ich w swoich domach mieszkańcy krajów, przez które szli: Jakuci, Mongołowie, Chińczycy czy Tybetańczycy. Polacy wszędzie wywoływali sensację.

– Fetowano nas jak bohaterów, na naszą cześć urządzano sute przyjęcia – opowiada Bartosz Malinowski.

Reklama
Reklama

Miało to także swoje kłopotliwe strony. Mongołowie specjalnie dla podróżników przyrządzili pieczonego bobaka. To rodzaj wielkiego świstaka, którego Polacy musieli zjeść razem ze skórą i łapami.

W Tybecie karmiono ich zaś tamtejszym przysmakiem – tsambą. To papka z mąki jęczmiennej, gorącej herbaty, masła z mleka jaka i soli. Dla Europejczyka rzecz całkowicie niestrawna.

Były również momenty niebezpieczne. Na przykład, gdy Filip Drożdż, asekurowany przez kolegów na lince, musiał przepłynąć rwącą syberyjską rzekę. – W każdej chwili mógł mnie porwać prąd i roztrzaskać na podwodnych skałach. Linkę zrobiliśmy prowizorycznie: ze sznurówek, sznurków do namiotu i chust. Gdyby pękła, nie miałbym szans – opowiada.

Czy podróżnicy mieli momenty zwątpienia? – Oczywiście, mieliśmy kryzysy. Ale wtedy myśleliśmy o Witoldzie Glińskim – wspomina Grzywaczewski. – Młodym Polaku, który pokonał tę samą trasę blisko 70 lat temu. I to z NKWD depczącym mu po piętach, bez sprzętu GPS i racji żywnościowych. Nasza wyprawa była hołdem dla niego oraz dla tych wszystkich naszych rodaków, którzy nigdy nie wrócili z sowieckiej katorgi – podkreślił.

Witold Gliński, który został deportowany przez NKWD z Wileńszczyzny, mieszka dziś w Wielkiej Brytanii. Jest bardzo chory. Na wieść, że trzem polskim podróżnikom udało się powtórzyć jego wyczyn, bardzo się ucieszył.

– Dobra robota! Okazali się prawdziwymi twardzielami. Ja od początku w nich wierzyłem. Przed wyprawą spotkaliśmy się i udzieliłem im kilku rad. Mam nadzieję, że się przydały – powiedział.

Reklama
Reklama

Po powrocie do Polski trzech podróżników przyjął prezydent Bronisław Komorowski. – To symboliczne. Gdy Gliński pokonał tę trasę, nie miał go w kraju kto witać. Polska była bowiem pod okupacją. Z nami spotkał się zaś prezydent niepodległej Rzeczypospolitej. Polska jest dziś wolna. Marzenie Glińskiego i całego jego pokolenia się spełniło – mówił Grzywaczewski.

Sponsorem wyprawy Long Walk Plus Expedition z Jakucka do Kalkuty była sieć telefonii komórkowej Plus. „Rzeczpospolita” objęła nad podróżą patronat medialny.

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Kraj
Czy Polskę 2050 w Warszawie czeka podział? Reakcje na wojnie na górze
Kraj
„Rzecz w tym”: Nowe Centrum, stara próżnia? Polityczna układanka po rozpadzie Polski 2050
Warszawa
Rekordowa cena za metr kwadratowy zapłacona. Gdzie jest granica?
Materiał Promocyjny
Ikona miejskiego stylu życia w centrum Gdańska
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama