W PRL istniała taka instytucja, której wysłannicy stali pod głośnikami w kościołach dyskretnie trzymając magnetofony. Po powrocie do biura i odsłuchaniu taśm, robili specjalne raporty, które trafiały do kogo trzeba. Opisywali w nich, co księża mówili w kazaniach, specjalnie odnotowując sytuacje, w których kapłani odchodzili od spraw czysto liturgicznych i zajmowali się pojemnym wówczas pojęciem "polityka".
Zupełnie nie wiem, dlaczego przypomniało mi się to dzisiaj. Jest to zupełnie bez związku z faktem, że „Gazeta Wyborcza” po raz kolejny w ostatnich tygodniach zaczęła lustrować kazanie księdza podczas patriotycznej mszy świętej.