Wojna w Górskim Karabachu oficjalnie zakończyła się pół roku temu, ale wciąż trwa dla wielu ormiańskich rodzin. Wielka wymiana jeńców odbyła się tuż po zawieszeniu broni i podpisaniu porozumienia pomiędzy Rosją, Armenią i Azerbejdżanem jeszcze w listopadzie, ale w Erywaniu szacują, że władze w Baku wciąż przetrzymują ponad 200 ormiańskich żołnierzy. Azerbejdżan zaprzecza i twierdzi, że chodzi wyłącznie o osoby, które znalazły się na azerbejdżańskim terytorium już po zawieszeniu broni. I z tego powodu, jak przekonuje, zostały potraktowane jako terroryści i dywersanci.

Sytuacja ta tylko zaostrza kryzys polityczny, bezprecedensowy w historii suwerennej Armenii. Rodziny jeńców w kwietniu urządzały protesty w całym kraju, blokowały budynek resortu obrony, paraliżowały połączenia komunikacyjne, wychodząc na tory i główne drogi dojazdowe do stolicy.

Pod ciągłym ostrzałem przeciwników w tej sprawie znajduje się p.o. premiera Nikol Paszynian. Niedawno podał się do dymisji i chce walczyć o powrót do władzy podczas czerwcowych przedterminowych wyborów parlamentarnych. Uspokaja rodaków i ciągle powtarza, że uwolnienie jeńców jest dla niego sprawą priorytetową. Do zakończenia procesu wymiany jeńców namawia Baku utworzona w 1992 roku przez OBWE Grupa Mińska (która od lat bezskutecznie próbowała rozwiązać konflikt w Górskim Karabachu), namawiali też szefowie unijnej i amerykańskiej dyplomacji. Sprawa trafiła nawet do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Wszystko na nic. Po raz kolejny wygląda więc na to, że w tej sytuacji Armenia również jest skazana na pomoc Rosji.

W czwartek Erywań odwiedził szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow. Dwa dni przed jego wizytą dowódca rosyjskich sił pokojowych w Górskim Karabachu (rozmieszczonych tam po 10 listopada) przywiózł z Azerbejdżanu trzech uwolnionych Ormian, demonstrując szerokie możliwości Kremla na Zakaukaziu. Podczas spotkania z Paszynianem Ławrow z kolei obiecał, że problem zostanie rozwiązany w „najbliższym czasie".

Już w poniedziałek szef rosyjskiej dyplomacji uda się do Baku i spotka z prezydentem Ilhamem Alijewym. Ale łatwo nie będzie. Wpływowy rosyjski dziennik „Kommiersant", powołując się na źródła dyplomatyczne, twierdzi, że azerskie władze domagają się w zamian całkowitej kontroli nad drogą łączącą miejscowości Szusza i Qirmizi Bazar (znalazły się pod władzą Azerbejdżanu po wygranej wojnie), którą obecnie kontrolują rosyjskie siły FSB wspólnie z Armenią. Co więcej, z informacji tych wynika, że Baku walczy też o kilka wiosek znajdujących się po drugiej stronie frontu. Tymczasem z oficjalnych komunikatów wynika, że Ławrow w Azerbejdżanie będzie rozmawiał o wznowieniu życia gospodarczego w sparaliżowanych wojną regionach.

Moskwa nie chce kłócić się z bogatym w złoża ropy Azerbejdżanem, mocno wspieranym przez Turcję. Wręcz przeciwnie, jak sugeruje „Kommiersant", Kreml wciąż nie traci nadziei, że władze w Baku prędzej czy później dołączą do Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, a nawet Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, do której oprócz Rosji i Armenii należą dzisiaj Białoruś, Kazachstan, Kirgizja i Tadżykistan.

W Baku do tego się nie palą i liczą na własną armię. Gdy Erywań boryka się z największym od lat kryzysem gospodarczym i politycznym, Azerbejdżan rozmieszcza przy granicy z Armenią kolejne bazy wojskowe. Na terytoriach zajętych przez azerbejdżańską armię w listopadzie powstało już dziesięć nowych jednostek wojskowych. Kolejnych sześć ma powstać do końca maja.