Rocznie policja podejmuje ok. 90 tys. interwencji w związku z aktami przemocy w rodzinie. Kiedy jest wzywana na pomoc kolejny raz, zwykle zakłada niebieskie karty dokumentujące, że w rodzinie dochodzi do agresji. W ubiegłym roku takich kart założyła o 10 tys. więcej niż rok wcześniej. Przybyło też pokrzywdzonych.
Jednak policjanci i specjaliści pomagający ofiarom oceniają, że to nie efekt wzrostu agresji, ale ujawniania jej rzeczywistych rozmiarów.
– Na światło dzienne wychodzi prawdziwa skala przemocy. Krzywdzeni częściej mówią o cierpieniach, jakich doznają w czterech ścianach, a policja traktuje te sprawy z większą uwagą – mówi „Rz" Beata Mirska-Piworowicz, prezes stowarzyszenia Damy Radę.
Co o rozmiarach zjawiska mówią statystyki Komendy Głównej Policji?
Wynika z nich, że w zeszłym roku policja wypełniła ponad 61 tys. niebieskich kart, czyli o 10 tys. więcej niż w poprzednim. Także ofiar przemocy w procedurze niebieskiej karty" było więcej – ponad 86 tys., gdy rok wcześniej – 77 tys.
Wciąż większość ofiar, bo 58 tys. (czyli o osiem tysięcy więcej niż w 2012 r.), stanowią kobiety, ale przybyło również – o ponad półtora tysiąca – maltretowanych mężczyzn (w 2013 r. było ich ok. 9 tys.). I to nowy, rosnący trend. – Panowie coraz częściej skarżą się na przemoc psychiczną wynikającą z aspektów ekonomicznych. Ich liczba trzykrotnie wzrosła w ciągu kilku lat – mówi „Rz" Grażyna Puchalska z KGP. Zaznacza, że oprócz agresji fizycznej, szturchania czy bicia wszystkie ofiary dziś częściej skarżą się na przemoc psychiczną.
– Znam przypadki, gdy kobieta pięła się po szczeblach kariery, zarabiała coraz więcej i zaczęła traktować męża jak obywatela drugiej kategorii, dręcząc go psychicznie – mówi Beata Mirska-Piworowicz.
Tylko nieznacznie (o ok. 80) przybyło ofiar wśród dzieci. Rzadziej też były zabierane z rodzin i umieszczane u krewnych czy w placówkach.
To skala zjawiska wynikająca tylko z policyjnych danych. Do tego dochodzą karty zakładane przez lekarzy, nauczycieli, pracowników pomocy społecznej i zespoły interdyscyplinarne (mają to robić od ponad dwóch lat). Ale lekarze czy nauczyciele, choć mogą wychwycić symptomy przemocy, nie kwapią się z zakładaniem kart. Powód: formularz liczy osiem stron, wcześniej dwie.
„To sprawia, że z zamiast skupić się na skutecznej pomocy, czas pochłania biurokracja" – twierdzi w raporcie na ten temat NIK. Izba ocenia, że znowelizowana ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie (wprowadziła m.in. nowy wzór kart i szerszy krąg uprawnionych do ich zakładania) tylko pogorszyła sytuację ofiar i wydłużyła czas udzielania im pomocy.
Także policja miała problemy z wypełnianiem niebieskiej karty (NIK twierdzi, że w pierwszym półroczu 2012 r. założyła o 40 proc. mniej kart, choć interwencji nie ubyło). Od niedawna policjanci stosują „wykrywacz przemocy", czyli kwestionariusz z pytaniami, który podczas interwencji pomaga ocenić, czy w domu jest agresja, i daje wskazówki, jakie podjąć działania, by pomóc.
– Warto pamiętać, że przemoc domowa jest ścigana z urzędu. Wystarczy sygnał, np. od sąsiada, byśmy sprawę badali – mówi Puchalska. – Ludzie są bardziej wyczuleni i takich zgłoszeń mamy coraz więcej.
Niebieska karta trafia do zespołów interdyscyplinarnych w gminach i miastach, a te decydują, jakie instytucje zaangażować do pomocy rodzinie.
Z czym jest największy problem?
– Wciąż jest za mało miejsc, gdzie ofiary mogą się zatrzymać, za rzadko korzysta się z możliwości odizolowania sprawcy i usunięcia go ze wspólnego mieszkania – wylicza Mirska-Piworowicz. – Do tego dochodzi też uzależnienie ekonomicznie od sprawcy. Kobiety często trwają w chorych związkach, bo przez lata były gospodyniami i nie mają pracy, a nawet zawodu pozwalającego się usamodzielnić – dodaje.