Kilka saudyjskich, jak i irańskich tankowców przepłynęło już przez cieśninę Ormuz. Nie tam jednak ważą się obecnie losy podpisanego ramowego porozumienia pomiędzy USA a Iranem. Nie doprowadziło bowiem do natychmiastowego zakończenia walk Izraela z libańskim Hezbollahem.

Toczyły się nadal w nocy z czwartku na piątek. W wyniku izraelskich ataków zginąć miało 16 osób. Po stronie izraelskiej śmierć ponieśli czterej żołnierze.

Wraz z przesunięciem rozpoczęcia 60-dniowych negocjacji irańsko-amerykańskich w Genewie powstała sytuacja zagrażająca wszystkim dotychczasowym ustaleniom. W piątek po południu zawarty został jednak rozejm Izraela z Hezbollahem pod wspólnym naciskiem Teheranu i Waszyngtonu. Powróciła tym samym nadzieja na poważne rozmowy przewidziane w ramowym porozumieniu USA i Iranu.

Państwo żydowskie w ponurym nastroju

„Powiedziałem premierowi, że za każdą izraelską matkę opłakującą swego syna płakać powinno tysiąc matek w Libanie” — napisał w mediach Ben Gwir, minister bezpieczeństwa wewnętrznego. Izraelski odwet za śmierć czwórki żołnierzy mógłby skłonić Teheran nawet do wycofania się z porozumienia z USA. O to ministrowi chodziło.

Podobne apele wystosowało kilku ważnych prawicowych polityków. Tych samych, pod których adresem wiceprezydent J.D. Vance użył w przeddzień niezwykle ostrych słów, przypominając, że Izraela broni sprzęt wyprodukowany w USA. Zapłacili za niego amerykańscy podatnicy, za co należy im się wdzięczność, a izraelscy politycy nie powinni bezpodstawnie oskarżać Donalda Trumpa o to, że nie dba o interesy swego bliskiego sojusznika. „Usłyszeliśmy właśnie jak będzie wyglądała amerykańska polityka po Trumpie” — po oświadczeniu amerykańskiego wiceprezydenta napisał „Jerusalem Times”.

Czytaj więcej

Rysa w relacjach USA–Izrael. Donald Trump publicznie krytykuje działania Beniamina Netanjahu

Świat przyjął z ulgą otwarcie cieśniny Ormuz, ale nastroje w Izraelu są grobowe. Nie wiadomo, czy premier Netanjahu nie doprowadzi do zerwania porozumienia USA–Iran.

Jest w nim wprawdzie mowa o zawieszeniu walk także na froncie libańskim, lecz mało kto w Izraelu uważa, że wojna z Hezbollahem może zostać tak po prostu zakończona. Tym bardziej, że rząd nie ma zamiaru wycofać armii z okupowanych terenów Libanu, a Hezbollah przyjął taktykę walki partyzanckiej.

— Jesteśmy w stanie wojny z Hezbollahem i nie obowiązują nas żadne ustalenia pomiędzy USA a Iranem. To sprawa pomiędzy partnerami tego porozumienia — mówi „Rz” Icchak Klein z prawicowego think tanku Kohelet Policy Forum. Jego zdaniem Trump otrzymał od Teheranu wszystko, na czym najbardziej mu zależało, podczas gdy Izrael nie dostał nic. Nie należy się więc spodziewać, aby 60-dniowe negocjacje miały do czegokolwiek doprowadzić poza tym, co zostało już ustalone, a mianowicie odblokowanie cieśniny Ormuz.

Premier Netanjahu w potrzasku

Taki sposób myślenia nie jest obcy również przedstawicielom liberalnej sceny politycznej. Krytyka Trumpa jest w Izraelu wszechobecna. Wydawca zagranicznej edycji dziennika „Haarec” Avi Scharf argumentuje, że dwie wojny z Iranem zakończyły się całkowitym fiaskiem. Nie udała się zmiana reżimu w Teheranie, nie ma żadnych osiągnięć w sprawie programu atomowego Iranu, jak i wiążących zobowiązań dotyczących rozwoju programu rakietowego, nic nie ustalono w sprawie Hezbollahu, będącego zbrojnym ramieniem Teheranu. — Izrael stał się pariasem na arenie międzynarodowej i jest powszechnie krytykowany — mówi Scharf.

Czytaj więcej

Steve Witkoff: Iran zaprosi inspektorów MAEA

Po stronie prawicowej – jak i liberalnej – podnoszą się głosy, że odpowiedzialność spada bezpośrednio na premiera Netanjahu, który przelicytował, zarówno w chwili, gdy udało mu się namówić Donalda Trumpa do wojny z Iranem, jak i w chwili, gdy nie był w stanie przewidzieć jej konsekwencji, zwłaszcza zablokowania cieśniny Ormuz przez Teheran. Nie jest to pierwsza tragiczna pomyłka premiera, który sądził w przeszłości, iż jest w stanie kontrolować Hamas w Gazie, co zakończyło się terrorystycznym atakiem 7 października 2023 r.

Wszystko wskazuje na to, że Netanjahu oraz jego ugrupowanie Likud nie wygrają jesiennych wyborów do Knesetu. — Nie sposób wykluczyć, iż wyborcy dojdą do wniosku, że polityka Izraela oparta wyłącznie na sile militarnej musi odejść w przeszłość — tłumaczy Avi Scharf.

Spadek zaufania do USA

Jasne już jest, że nie wypalił scenariusz wyborczy przygotowany przez Netanjahu. Jak podają źródła CNN, kilka miesięcy temu jego ekipa polityczna przewidywała następująco ich przebieg: szybkie zwycięstwo nad Iranem, triumfalna wizyta w Białym Domu we wrześniu, ponowna wizyta Trumpa w Izraelu na ostatnim etapie kampanii, która miała zapewnić Netanjahu zwycięstwo w październiku.

Czytaj więcej

Kaja Kallas upomina szefa izraelskiego MSZ. „Nie dam się wciągnąć w pułapkę”

Wszystko poszło inaczej. Im dłużej trwała operacja ataku na Iran „Ryczący Lew”, tym bardziej spadało poparcie dla premiera. A wraz z nim zanikało zaufanie do Stanów Zjednoczonych jako ostatecznego gwaranta bezpieczeństwa państwa żydowskiego.

Opublikowane przez Israel Democracy Institute badania przeprowadzone w ostatnim tygodniu wykazują gwałtowny spadek odsetka Żydów w Izraelu, którzy uważają bezpieczeństwo ich państwa za priorytet dla Trumpa – z 64 proc. w marcu do 44 proc. w czerwcu, co stanowi najniższy poziom od końca 2024 r. — Izrael znajduje się obecnie w wyjątkowo trudnym położeniu, na prawdziwym rozstaju dróg. Niewykluczone, że w czasie 60-dniowych negocjacji amerykańsko-irańskich pokusi się jednak o ich zerwanie, ale też presja Stanów Zjednoczonych może okazać się tak wielka, iż nie będzie miał wyjścia — mówi „Rz” Peter Lintl z berlińskiego think tanku Wissenschaft und Politik.