Czytaj więcej

Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 331

Piątkowe spotkanie grupy kontaktowej ds. wsparcia obronnego Ukrainy (Ukraine Defense Contact Group) w gronie 50 państw w amerykańskiej bazie w Ramstein, nie przyniosło efektów, jakich spodziewały się kraje wschodniej flanki Sojuszu i sam Kijów.

Według relacji polskiego ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka temat niemieckiej zgody na dostarczenie walczącej Ukrainie czołgów leopard został odłożony na później.

Czytaj więcej

Bielecki: Leopardy dla Ukrainy: światełko w tunelu

Nowy niemiecki minister obrony Dawid Pistorius temat opędził niewiele wnoszącymi uwagami o konieczności szkolenia ukraińskich żołnierzy, długoterminowości dostaw i efektywnej możliwości wykorzystania dostarczonego sprzętu. W sprawie akceptacji dostaw niemieckich czołgów leopard od 15 krajów dysponujących tym sprzętem, ujawnił, że wciąż brak politycznej decyzji i należy ona do kanclerza.

Czytaj więcej

Błaszczak: Nie ma decyzji w sprawie Leopardów. Budujemy koalicję

Według Błaszczaka niemiecki opór nie kończy sprawy, a jedynie odkłada ją w czasie. Problem w tym, że tego czasu Ukraina ma coraz mniej. Wedle danych wywiadowczych straty armii ukraińskiej na polach bitew idą w setki tysięcy. Zaczyna brakować amunicji, a kluczem do skutecznej obrony jest ciężki sprzęt pancerny potrzebny do obrony kraju przed spodziewaną na przełomie zimy i wiosny wielką ofensywą rosyjską. Jej plany są oczywiście tajne, niemniej służby wywiadowcze Ukrainy i wspierających ją państw spodziewają się kolejnego ataku z terytorium Białorusi. Niekoniecznie w kierunku Kijowa, ale w stronę zachodniej granicy kraju.

Zasadniczym celem planowanej operacji miałoby być odcięcie kanałów zaopatrzenia z terenu Polski. Co to oznacza dla Kijowa? Po pierwsze wojnę na dwóch frontach. Po drugie oskrzydlenie Kijowa od strony zachodniej. Po trzecie, w sytuacji powodzenia takiej operacji, utrata głównych szlaków zaopatrzenia kraju z Zachodu i konieczność zbudowania (wzmocnienia) nowych od strony południa. Co to oznacza dla Polski? Bezpośrednie sąsiedztwo teatru działań wojennych, wzmocnienie ryzyka rosyjskich działań hybrydowych i sabotażowych, a przede wszystkim kolejną, większą niż dotąd falę uchodźstwa. A po roku społecznego wysiłku na rzecz poprzedniej reakcje polskiego społeczeństwa mogą być już całkiem inne.

Tymczasowe fiasko spotkania w Ramstein kwestii doposażenia ukraińskiej armii w niemiecką broń pancerną tematu jednak nie zamyka. Główne instrumenty nacisku na Berlin są oczywiście wciąż w rękach amerykańskiej administracji Joe Bidena. Trzeba więc liczyć na to, że ów nacisk będzie coraz mocniejszy, a finalnie - skuteczny.

Berlin wyraźnie prowadzi z Waszyngtonem jakąś grę, której stawka dla obserwatorów nie jest jasna. Oficjalnie kanclerz Scholz domaga się w zamian za leopardy dozbrojenia Bundeswehry amerykańskimi czołgami Abrams, nie mniej zapewne targ ma jakieś ukryte dno. I choć nikt – poza Waszyngtonem i Berlinem – nie wie, co nim jest, według obserwatorów do porozumienia jednak dojdzie.

Paradoksalnie ważnym uczestnikiem procesu nacisku na Niemcy staje się Polska. Ma w zmianie niemieckiego stanowiska swój silny interes. Wzmocnienie ukraińskiej armii bronią pancerną to szansa na oddalenie wojny od naszych granic. Zaś porażka obrońców Ukrainy na zachodzie oznacza bezpośrednie sąsiedztwo nowego frontu tej wojny z zachodnią granicą Sojuszu Atlantyckiego. W tej sprawie nie mamy innego wyjścia: wszystkie ręce na pokład. Polscy politycy, z prezydentem, i wspierającą rząd opozycją winni dołożyć wszelkich starań, by wpłynąć na Niemcy i spowodować, że potrzebna Kijowowi broń trafi na Ukrainą na czas.

Innym zadaniem jest budowanie silnej koalicji krajów gotowych przekazać własne uzbrojenie armii naszego sąsiada. Polska ma historyczną szansę i obowiązek odegrania w tym gronie roli lidera. Jeśli na obu frontach poniesiemy klęskę, Berlin nie zmieni zdania i broń do oblężonego kraju nie dotrze, wojna zapłonie tuż obok naszych granic. Pierwszą ofiarą będzie coraz bardziej osłabiona Ukraina. Drugą sąsiedzka Polska.