Dorzucali jeszcze, cierpiętniczo, strach ludzi przed reformami – na przykład przed przesunięciem wieku emerytalnego.

W tej wersji partia rządząca jest ofiarą zbiegów okoliczności albo własnej bezkompromisowości. Na liście przyczyn nie od razu pojawiło się to, za co trzeba by się uderzyć w piersi – od karygodnej nieodpowiedzialności w sprawie listy leków refundowanych po żyrowanie umowy ACTA, której wagi rząd nie rozumiał. W końcu napomknął o tym rzecznik Graś. Dobre i to, ale...

Naturalnie pewnie nawet socjologom trudno odcedzić powody zasadnicze od drugorzędnych. I można zrozumieć, że Platforma zasłania się propagandą. Gorzej jeśli weźmie tę propagandę za rzeczywistość. I uzna: nie musimy się zmieniać.

A do zmiany jest wiele: lekowa zapaść to na przykład dorobek słabej minister zdrowia, którą Tusk podtrzymywał nieomal na siłę. W nowym rządzie jest podobnie: niektóre ministerstwa przypadły kandydatom słabym. Parę decyzji jawiło się jako żarty. Panie premierze, pora takich żartów się skończyła.

Z kolei klapa w sprawie  ACTA to połączenie czynników fundamentalnych – na przykład braku uwrażliwienia na problem swobód obywatelskich – i drobnych, choćby absurdalnego zwyczaju, że premier wynosi się na weekend do Trójmiasta i pozostawia kraj bez przywództwa. Przywództwo musi trwać siedem dni w tygodniu. A wrażliwości na swobody powinna pana nauczyć opinia publiczna. Właśnie się okazało, że polska demokracja, choć jawiła się jako fasadowa, nie jest fasadowa do końca.

Dołożyć też trzeba arogancję. Dopóki nie schowa pan premier głęboko takich ludzi, jak – tylko tym razem przytomny – Paweł Graś czy Stefan Niesiołowski, może się pan dziwić, że nie jest tak jak dawniej, gdy wystarczyło postraszyć złym Kaczyńskim.

Ale naturalnie problem leży nie tylko w socjotechnice. Także w realnych słabościach pańskiej ekipy. Pocieszanie się, że opozycja też jest nie na miarę, a do wyborów daleko, może się stać niedługo gestem strusia. Chowającego głowę w piasek.