W centrum politycznej debaty znów znalazły się tematy ekonomiczno-budżetowe. Jako człowiek zajmujący się tą częścią gospodarczego życia ucieszyłbym się z tego faktu, gdyby nie to, w którą stronę zmierza dyskusja i jakie głosy w niej padają.

Polska ma jeden z najwyższych deficytów finansów publicznych, w ubiegłym roku wyprzedziła nas tylko Rumunia

Podział ról jest tu w sumie oczywisty i można go przewidzieć niezależnie od tego, kto rządzi. Opozycja oskarża rząd o rekordowe zadłużanie Polski, pędzenie na ścianę, rozbuchane wydatki, zbyt wysokie podatki i dzisiejsze życie na koszt przyszłych pokoleń. Rząd oczywiście broni się, wyciągając na sztandary m.in. finansowanie wyzwań takich, jak zbrojenia i konieczne inwestycje, oraz pokazując, że podatki i składki na tle innych krajów wcale takie wysokie nie są. A wysoki na tle innych wzrost gospodarczy trochę poprawi wskaźnik długu do PKB.

Czytaj więcej

Prof. Paweł Wojciechowski: Taniec z regułami fiskalnymi

Jako że weszliśmy już w kampanię przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi, to hałas wokół budżetu i deficytów (bo są różne, sic!) będzie coraz większy. Jedno jest pewne – mamy jeden z najwyższych deficytów finansów publicznych; w ubiegłym roku wyprzedziła nas tylko Rumunia. A dług publiczny w porównaniu do innych krajów Unii jeszcze aż taki wysoki nie jest, choć szybko rośnie. W parze idzie szybkie tempo wzrostu PKB – tu Polska jest liderem wśród największych krajów UE i rośniemy trzy razy szybciej niż strefa euro. Ale niestety – co niedawno podkreślił w „Rzeczpospolitej” prof. Jerzy Hausner – sam wzrost nas nie uratuje, konieczne jest utrzymanie kontroli nad tempem wzrostu długu, czyli, po prostu, by rósł on wolniej.

Czytaj więcej

Emerytury pod presją populizmu. Ekonomiści: wiek emerytalny musi pójść w górę

W kampanii wyborczej usłyszymy o nowych propozycjach wydatków?

Zatem czy to braki w edukacji ekonomicznej? A może polityczny cynizm? W języku polityków zakazane jest bowiem używanie w publicznej debacie takich zwrotów, jak: ograniczanie wydatków, podwyższanie wieku emerytalnego, bo przecież dłużej żyjemy, likwidacja 13. czy 14. emerytury (lub uzależnienie ich w pełni od dochodu), wprowadzenie kryterium dochodowego przy 800+, zmniejszenie liczby stawek VAT albo stawek ryczałtowych czy ograniczenie różnic w zasadach emerytalnych między poszczególnymi grupami zawodowymi, żeby o podatku od nieruchomości powiązanego z ich wartością (nawet od trzeciego mieszkania) nie wspomnieć. W kampanii wyborczej usłyszymy raczej o nowych propozycjach wydatków. Bo kto będzie taki odważny i zawczasu zagłosuje za takimi zmianami, by tym samym narazić się na polityczno-wyborcze seppuku? Tylko czy naprawdę do takich zmian potrzebujemy finansowego kryzysu?