W centrum politycznej debaty znów znalazły się tematy ekonomiczno-budżetowe. Jako człowiek zajmujący się tą częścią gospodarczego życia ucieszyłbym się z tego faktu, gdyby nie to, w którą stronę zmierza dyskusja i jakie głosy w niej padają.
Polska ma jeden z najwyższych deficytów finansów publicznych, w ubiegłym roku wyprzedziła nas tylko Rumunia
Podział ról jest tu w sumie oczywisty i można go przewidzieć niezależnie od tego, kto rządzi. Opozycja oskarża rząd o rekordowe zadłużanie Polski, pędzenie na ścianę, rozbuchane wydatki, zbyt wysokie podatki i dzisiejsze życie na koszt przyszłych pokoleń. Rząd oczywiście broni się, wyciągając na sztandary m.in. finansowanie wyzwań takich, jak zbrojenia i konieczne inwestycje, oraz pokazując, że podatki i składki na tle innych krajów wcale takie wysokie nie są. A wysoki na tle innych wzrost gospodarczy trochę poprawi wskaźnik długu do PKB.
Czytaj więcej
Po co ta cała fiskalna alchemia? Obywateli interesuje nie tyle sposób liczenia długu, ile to, czy państwo udźwignie swoje zobowiązania i kto zapłac...
Jako że weszliśmy już w kampanię przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi, to hałas wokół budżetu i deficytów (bo są różne, sic!) będzie coraz większy. Jedno jest pewne – mamy jeden z najwyższych deficytów finansów publicznych; w ubiegłym roku wyprzedziła nas tylko Rumunia. A dług publiczny w porównaniu do innych krajów Unii jeszcze aż taki wysoki nie jest, choć szybko rośnie. W parze idzie szybkie tempo wzrostu PKB – tu Polska jest liderem wśród największych krajów UE i rośniemy trzy razy szybciej niż strefa euro. Ale niestety – co niedawno podkreślił w „Rzeczpospolitej” prof. Jerzy Hausner – sam wzrost nas nie uratuje, konieczne jest utrzymanie kontroli nad tempem wzrostu długu, czyli, po prostu, by rósł on wolniej.
Czytaj więcej
Trzon polskiego systemu emerytalnego jest zdrowy. Obrosły go jednak różnego rodzaju populistyczne przywileje, bolesne dla budżetu i wypłacane koszt...
W kampanii wyborczej usłyszymy o nowych propozycjach wydatków?
Zatem czy to braki w edukacji ekonomicznej? A może polityczny cynizm? W języku polityków zakazane jest bowiem używanie w publicznej debacie takich zwrotów, jak: ograniczanie wydatków, podwyższanie wieku emerytalnego, bo przecież dłużej żyjemy, likwidacja 13. czy 14. emerytury (lub uzależnienie ich w pełni od dochodu), wprowadzenie kryterium dochodowego przy 800+, zmniejszenie liczby stawek VAT albo stawek ryczałtowych czy ograniczenie różnic w zasadach emerytalnych między poszczególnymi grupami zawodowymi, żeby o podatku od nieruchomości powiązanego z ich wartością (nawet od trzeciego mieszkania) nie wspomnieć. W kampanii wyborczej usłyszymy raczej o nowych propozycjach wydatków. Bo kto będzie taki odważny i zawczasu zagłosuje za takimi zmianami, by tym samym narazić się na polityczno-wyborcze seppuku? Tylko czy naprawdę do takich zmian potrzebujemy finansowego kryzysu?