Stwierdzenie „Polska podbija kosmos” to fakt, propaganda czy coś pomiędzy?

Nie używałbym słowa „podbija”. To określenie zawiera ładunek militarny, a jedno z głównych przesłań naszej branży do świata jest takie, by kosmos nie był postrzegany wyłącznie przez pryzmat militarny. Większość technologii kosmicznych służy przecież celom cywilnym. Wracając do meritum pytania, Polska coraz mocniej zwiększa swój udział w globalnym środowisku technologii kosmicznych. Jesteśmy już widoczni dla liderów tego sektora, w tym USA, Francji, Wielkiej Brytanii, Japonii czy także Chin. Od zeszłego roku ponownie mamy czynnego astronautę, a – proszę mi wierzyć – w środowisku kosmicznym to wciąż wyznacznik bycia w światowej elicie. Mamy też firmy, które rozwijają technologie i komponenty jeszcze nieosiągalne dla wielu mocnych gospodarek światowych. Dzięki temu jesteśmy w stanie tworzyć własne konstelacje, satelity czy oprogramowanie pokładowe. Natomiast trzeba też sobie jasno powiedzieć, że to są jedynie wycinki, a patrząc na szeroki układ sił, to nie jesteśmy globalną potęgą, ani nawet europejską. W perspektywie krótkofalowej nie dogonimy Niemiec czy Włoch, które inwestują kolosalne pieniądze w rozwój technologii kosmicznych. My patrzymy na kosmos bardziej utylitarnie i staramy się wybierać wycinki, w których będziemy się specjalizować. Przykładem jest wykorzystanie danych satelitarnych w zarządzaniu klęskami żywiołowymi – na doświadczeniach chociażby projektu Civil Security Hub Poland Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) opiera swoje kolejne działania w obszarze budowy sieci podobnych projektów w Europie.

Pieniądze, które my pompujemy w kosmos, nie są kolosalne? Tylko w 2025 r. nasza składka do ESA to 193,4 mln euro, a na lata 2026-2028 zadeklarowaliśmy na opcjonalne programy ESA prawie 550 mln euro, czyli 2,3 mld zł.

To kwoty, od których dopiero zaczyna się budować krajowy przemysł kosmiczny. Dla porównania: znacznie mniejsza Belgia zadeklarowała składki do ESA w wysokości 1,1 mld euro. Z kolei nasi zachodni sąsiedzi, Niemcy, wpłacają składkę stanowiącą blisko jedną czwartą całego budżetu agencji. Co ważne, składki do ESA należy traktować jako inwestycje o bardzo wysokiej stopie zwrotu. Te pieniądze nam się zwrócą w kontraktach, które ESA rozdysponowuje po krajach członkowskich, w komercyjnym wykorzystaniu tych technologii w gospodarce oraz w eksporcie unikalnych rozwiązań, jakie wytworzą nasze firmy.

Czytaj więcej

Minister Andrzej Domański do UE: Koniec z naiwnością. Chodzi o polski przemysł

Mimo wszystko – proszę mnie przekonać, że warto jest płacić tak wysoką składkę do ESA, mając takie braki finansowania projektów tu, na ziemi.

Kosmos to też są projekty „na ziemi”. Wbrew powszechnej percepcji, technologia kosmiczna w przytłaczającej większości przypadków ma zastosowanie przyziemne. Musimy odróżniać technologie kosmiczne od badań naukowych. Nie wydajemy tych pieniędzy tylko na odkrywanie ciał niebieskich, gwiazd czy badania planet, jak niektórym się wydaje. Wydajemy je na rozszerzanie możliwości naszej cywilizacji i podnoszenie jakości naszego codziennego życia – transportu, rolnictwa, terapii medycznych, logistyki, obronności, łączności telefonicznej, energetyki… Bez technologii kosmicznych stworzonych 20, 10 czy 5 lat temu dziś nie da się już żyć. Nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek kraju z ambicjami, a takim krajem, mam nadzieję, jest i będzie Polska, który nie parłby w kierunku rozwoju technologii. Powiem więcej – branża kosmiczna to dziś jedna z nielicznych części naszej gospodarki, do której wracają najlepsi polscy naukowcy po latach nieobecności. To ludzie, którzy szlify i doświadczenie zbierali w NASA, ESA, w firmach z Europy Zachodniej albo z USA, a dziś chcą budować przemysł kosmiczny w Polsce. Nie wiem, czy są inne sektory, w których jest taka skala repatriacji myśli inżynieryjnej i badawczej.

Kontrprzykładem jest firma ICEYE, która podbija światowe rynki. Założył ją Polak, Rafał Modrzewski, podczas pobytu studenckiego w Finlandii i do dziś działa ona jako firma fińska.

To właśnie celny przykład tego, o czym mówiłem. Gdy Rafał wyjeżdżał do Finlandii, w Polsce nie miał możliwości tak rozwinąć firmy. Dziś, dzięki mobilizacji kapitału i środowiska, takie możliwości już są. Polskie firmy, instytuty badawcze, zaplecze akademickie – np. krakowska AGH – mają już dostęp do tych samych systemów, co Niemcy czy Francuzi. Polskie firmy zbierają z rynku wiele prestiżowych kontraktów, niektóre działają już jako tzw. prime-wykonawcy i dopraszają do współpracy firmy krajowe, ale i zagraniczne.

Nadal – straciliśmy ICEYE na rzecz Finów niczym Skłodkowską-Curie na rzecz Francuzów.

Nie wiem, czy jest sens nadal rozpatrywać, jakiej narodowości firmą jest ICEYE. Nie powinniśmy mieć tutaj żadnych kompleksów. Centrala firmy może i jest w Finlandii, ale to w Polsce otwierane są kolejne centra tej rozpoznawalnej już na całym świecie firmy. Zamiast tracić energię na przepychanki dotyczące narracji historycznej narodowości, nauczmy się współpracy z innymi krajami i budujmy ekosystem, żeby następcy Rafała chcieli i mogli zostać w Polsce i tu budowali swoje firmy.

To zadanie dla rządu?

Sektor publiczny powinien nie tylko zwiększyć wydatki na B+R, ale też na komercjalizację i zakup technologii od firm. Wzorem mogą być samorządy hiszpańskie, np. Katalonia czy Wyspy Kanaryjskie, które, by minimalizować straty związane z klęskami żywiołowymi, zamówiły w lokalnych firmach technologie do monitorowania i zarządzania powodziami i pożarami. Bez wsparcia kapitału publicznego rozwój technologii będzie spowolniony. Cieszę się, że w Polsce mamy ponadpartyjny konsensus, że w sektor kosmiczny warto inwestować, bo to branża ściśle związana z bezpieczeństwem narodowym. Nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek polityk chciał obecnie ograniczać wydatki i podważać sens rozwoju przemysłu kosmicznego.

Czytaj więcej

Polskie regiony w złotej dekadzie rozwoju. Polska Wschodnia goni czołówkę

Podziela pan opinię, że lot w kosmos Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego z 2025 r. został marketingowo zaprzepaszczony i w społeczeństwie nie nakręciła się „sławoszomania”?

Nie zgadzam się z takim stwierdzeniem. „Sławoszomania”, jak to pan ładnie określił, nadal trwa, bo widzimy, że gdziekolwiek on się pojawia – w Polsce czy za granicą – to wzbudza ogromne zainteresowanie osób zupełnie niezwiązanych z branżą. Natomiast faktem jest, że pod względem komunikacji projektu można było to wydarzenie przeprowadzić lepiej. W pewnym momencie nakręciła się spirala „memiczności”, co zdewaluowało znaczenie tej misji. Na szczęście te prześmiewcze oceny nie wykroczyły poza Polskę – zapewniam, że misja kosmiczna, w której brał udział Sławosz, zebrała bardzo pozytywne recenzje na świecie. Sławosz jest naszym naturalnym ambasadorem. Podczas październikowego Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego (IAC) w Turcji czuło się prawdziwą dumę, widząc polskiego astronautę wśród wielu innych m.in. z USA, Turcji, Japonii czy Wielkiej Brytanii. Warto podkreślić, że nie chodzi tu tylko o prestiż, ale też o realne korzyści dla polskiej nauki. Celem obecności Sławosza w kosmosie była seria badań i doświadczeń naukowych.

A że misja miała opóźnienie i kilkukrotnie przesuwał się termin startu? To absolutnie normalna sytuacja przy tak skomplikowanym logistycznie projekcie. Mnie w Polsce wciąż brakuje solidnej kampanii edukacyjnej nt. znaczenia technologii kosmicznych w naszym życiu, w biznesie czy w rozwoju całego kraju. Może gdybyśmy przygotowali sobie taki solidny fundament, kolejne etapy budowy naszego „domu” nie grzęzłyby w nieproduktywnych sporach w Internecie. W ogóle słowo „kosmos”, mam wrażenie, ma niewłaściwy odbiór w społeczeństwie. Bywa pejoratywne. Często mówi się „kosmiczne ceny” – czyli bardzo wysokie, nieosiągalne, niedostępne. Myślę, że nad tym też musimy popracować, by ten kosmos trochę bardziej sprowadzić na ziemię.

Dobrą okazją może być 78. Międzynarodowy Kongres Astronautyczny (IAC), który w 2027 r. – po 63 latach – wraca do Polski.

IAC to największe wydarzenie sektora kosmicznego na świecie i jest olbrzymią okazją do pokazania się szerszej publiczności – krajowej i międzynarodowej. Do Poznania przyjadą naukowcy, inżynierowie, największe firmy technologiczne i politycy z całego świata. To w Polsce będzie się rozmawiać o kierunkach polityki kosmicznej na kolejne lata. Jako przewodniczący komitetu organizacyjnego chciałbym natomiast, żeby ten kongres był dla nas wędką, z której przez lata będziemy mogli korzystać, i to w różnych łowiskach. IAC daje Polsce w ręce kapitalne narzędzie, które musimy umiejętnie wykorzystać, by spopularyzować i rozwinąć kosmiczny ekosystem.

Pozytywnym przykładem może być Azerbejdżan, który w 2023 r. gościł kongres, a teraz corocznie obserwujemy 20-proc. wzrost prezentowanych prac naukowych z tego kraju. Azerbejdżan rozwija swoje zaplecze akademickie, inwestuje we własne instytuty badawcze i firmy. To przykład dobrego wykorzystania kongresu, na którym warto się wzorować.

Tegoroczny kongres w tureckiej Antalyi otwierał Recep Tayyip Erdogan, prezydent Turcji, jedna z najbardziej wpływowych pod kątem wydarzeń politycznych i militarnych osób na świecie. Ze strony Polski macie podobne wsparcie rządu polskiego?

W Turcji kongres miał najwyższy patronat państwowy i było to widać od pierwszego dnia. U nas model jest inny, bo operacyjnie za sektor kosmiczny odpowiada Ministerstwo Rozwoju i Technologii, a w Antalyi obecny był wiceminister Michał Jaros i zabierał głos na najważniejszych spotkaniach i debatach politycznych. Gościliśmy także wiceministra cyfryzacji Michała Gramatykę oraz posłów z zespołu parlamentarnego ds. przestrzeni kosmicznej. Zabiegamy o powołanie międzyresortowego zespołu, który będzie naszym łącznikiem z rządem. Chcemy zaangażować także resorty: obrony narodowej, cyfryzacji, nauki czy spraw wewnętrznych i administracji. Planujemy też rozmowy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych…

…w sprawie udziału Roskosmosu, czyli Rosyjskiej Agencji Kosmicznej?

Raczej w kwestii zasad udziału obywateli Rosji, np. studentów. O tym decydują polskie i unijne przepisy wizowe oraz sankcyjne, nie organizator. Będziemy się do nich stosować.

A Roskosmos zostanie wpuszczony?

To nie jest instytut naukowy. To państwowa korporacja, de facto część rosyjskiej machiny wojennej. Nie wyobrażam sobie ich obecności w Poznaniu.

Międzynarodowa Federacja Astronautyczna się na to zgodzi?

To nie jest kwestia debatowalna, tylko kwestia przestrzegania procedur. Na dziś obowiązują sankcje UE i zawieszenie współpracy naukowej z Rosją. Nie sądzę, by te restrykcje szybko zdjęto, więc nie będziemy musieli wprowadzać własnych zakazów. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której przedstawiciele administracji kraju, który praktycznie codziennie przeprowadza cyberataki na Polskę, będą mogli swobodnie przyjechać do Poznania i uczestniczyć w rozmowach m.in. o zapobieganiu zakłócaniu sygnału GNSS nad Polską i krajami bałtyckimi, zaprzestaniu testów broni na orbicie czy ochronie przed satelitami przechwytującymi.

Czytaj więcej

Rosyjski satelita śledził satelitę wspierającego Ukrainę. Zbliżył się na 500 metrów

Wojna w Ukrainie i obnażenie słabości tradycyjnych wojsk wobec technologii dronowej napędza przemysł kosmiczny?

Pełnoskalowa inwazja zaczęła się w kosmosie: w pierwszych godzinach cyberatak sparaliżował terminale satelitarnej sieci KA-SAT, z której korzystała m.in. ukraińska armia. Wydarzenia w Ukrainie pokazały dwie rzeczy. Po pierwsze, że dzięki błyskawicznemu rozwojowi i adopcji technologii Ukraina przeszła od momentu, w którym cywile tworzyli w piwnicach koktajle Mołotowa do momentu, gdy Ukraina wysyła pociski i drony na parę tysięcy kilometrów, niszcząc rosyjską infrastrukturę krytyczną. Po drugie, wojna obnażyła uzależnienie od jednego prywatnego dostawcy, w którym o dostępności usługi decyduje jedna osoba. Dlatego Europa buduje własny system bezpiecznej łączności satelitarnej – IRIS.

Gdzie by pan chciał, żeby był polski przemysł kosmiczny za 20 lat?

Żebyśmy doszli do pozycji, jaką dziś mają Włochy. To kraj, o którym rzadko myślimy w kontekście kosmosu, a który jest w tej branży potęgą. Mają zarówno znakomite firmy, świetne ośrodki badawcze, jak i bardzo dużą siłę przebicia dyplomatycznego i politycznego. Włoskie firmy działają na całym świecie, a Włosi obejmują wysokie stanowiska w organizacjach międzynarodowych. Do perfekcji dopracowali też transfer technologii z etapu badawczego do etapu komercjalizacji.

Trzymając się futurologii i zamykając rozmowę: „Polak na Księżycu jeszcze w tym wieku”. To realny scenariusz czy science-fiction?

Skontruję pytaniem: po co? Z pewnym zdumieniem obserwuję wyścig deklaracji: z jaką flagą człowiek stanie znów na Księżycu. Dla mnie ważniejsze od tego, czyja flaga tam stanie, jest to, czyja technologia poleci w tej misji. Niedawna zapowiedź budowy polskiego statku kosmicznego spotkała się z pewnymi drwinami, wynikającymi wprost z niezrozumienia, czym jest w ogóle statek kosmiczny. Ten ambitny pomysł to właściwe podejście. Po pierwsze, na samej orbicie okołoziemskiej tworzy się obecnie nowy rynek usług – jak deorbitacja, sprzątanie szczątków obiektów, czy uzupełnianie paliwa – który w ciągu kilku lat ma być wart ponad 10 mld dol. Po drugie, wokół takich projektów wytwarza się ogromny ekosystem naukowo-biznesowy, który pchnie nas w kolejną erę. Wolę więc układ, w którym nawet cudzoziemiec leci w kosmos, korzystając z polskiej technologii, niż Polak korzystający z myśli technologicznej wyłącznie innych krajów.