Czy coś łączy bulwersujące słowa Krzysztofa Stanowskiego, który wezwał do linczu na urzędniczce Krajowej Administracji Skarbowej, wspaniałe zbiórki Łatwoganga, z gorącą dyskusją na temat projektu dopłat do emerytur najgorzej zarabiających artystów?
Do czego tak właściwie potrzebujemy państwa, czyli czego nie rozumie Krzysztof Stanowski?
Tak, i to znacznie więcej niż mogłoby się wydawać. Wszystkie te sprawy bowiem pokazują całkowite niezrozumienie roli, którą powinno spełniać państwo. Sęk w tym, że nie ma w naszym kraju co do tego zgody. Bo nie ma też zgody co do tego, jaką wizję rozwoju chcemy realizować jako wspólnota narodowa czy jako społeczeństwo. Dotychczasowe aksjomaty zdają się powoli wyczerpywać, na rynku idei mamy zaś głównie kopie innych rozwiązań, które nie muszą się wcale nad Wisłą sprawdzić.
Ale po kolei. – Przecież ciebie to powinni trzymać na rynku, rozebraną do naga, przypiętą do jakiegoś słupa, żeby wszyscy widzieli, jak głupi potrafi być urzędnik – mówił kilka dni temu w Kanale Zero założyciel tego medium nazywając „głupią, wredną babą” pracownicę Krajowej Administracji Skarbowej, która nałożyła mandat na właściciela pizzerii. Gdański restaurator został ukarany, bo źle naliczył VAT na danie z krewetkami. Przypomnijmy: to Prawo i Sprawiedliwość, po aferze taśmowej nałożyło 23 proc. VAT na ośmiorniczki czy krewetki, by pokazać Polakom, że takie luksusy są wyżej opodatkowane. Urzędniczki KAS dokonujące zakupu kontrolowanego nałożyły mandat przewidziany właśnie w takiej sytuacji.
Czytaj więcej
Jeśli dobroczynne datki są anonimowe, to nie można ich uznać za darowizny. Takie jest stanowisko skarbówki. Powoduje, że beneficjent nie skorzysta...
Można się zżymać, że 2,5 tys. zł kary za kilka krewetek to nieproporcjonalna kara. Ale istotą państwa jest to, że urzędnicy realizują przepisy uchwalone przez parlament. Jeśli więc ktoś chce mieć za ten absurd pretensje, powinien je mieć do posłów, którzy uchwalili przepisy obowiązujące od 2019 r. Łatwo jest się wyżywać i obrażać urzędniczkę, która ma niewdzięczną pracę nakładania mandatów, ale problemem tu jest – prócz nieakceptowalnego wezwania do linczu – podejście do aparatu państwa (a do niego należą urzędnicy). Mamy tu coraz bardziej popularne libertariańskie podejście, że państwo ma się nie wtrącać w prowadzenie biznesu, a w ogóle to państwo i podatki są złe. Przećwiczyliśmy tę debatę zresztą parę tygodni temu, podczas zbiórki Łatwoganga, gdy – jak żartowano – przez przypadek znana raperka stwierdziła, że przydałyby się… podatki.
Co łączy Łatwoganga i Krzysztofa Stanowskiego z Martą Cienkowską?
Tu dochodzimy do dyskusji sprzed parunastu dni, która wybuchła wokół projektu minister kultury Marty Cienkowskiej o dopłatach do składek emerytalnych najgorzej zarabiających artystów. Tę dyskusję fenomenalnie spointowali w ostatnim odcinku słuchowiska „Rzecz o idei” Estera Flieger i Michał Płociński. Argumenty więc dotyczyły m.in. systemowości takiego rozwiązania: czy łata on dziury w systemie zabezpieczenia emerytalnego, czy może właśnie go zupełnie rozwala wprowadzając do i tak dziurawych zasad kolejne wyjątki. A na marginesie pojawiły się zupełnie fundamentalne pytania o to, czy system emerytalny pasuje do obecnego modelu pracy. Wszak ten system to dzieło epoki przemysłowej, troski o interesy robotników z wielkich zakładów pracy. System składek od płac pracowników przez dziesięciolecia się sprawdzał, ale dziś coraz więcej osób pracuje w inny sposób: część w modnym w UE systemie projektowym w którym realizuje projekt przez parę miesięcy, może parę lat. Naukowcy żyją od grantu do grantu, który też jest formą projektu. Artyści tak samo. Tzw. gig-economy, czyli gospodarka fuch, pokazuje, jak mocno na sposób pracy wpływają zmiany technologiczne.
Wolnoamerykanka czy państwo dobrobytu. A może istnieje inny model rozwoju społeczno-gospodarczego?
Tak więc dochodzimy do słonia w pokoju – czyli czegoś, czego w dyskusji nie poruszamy w ogóle: pytania o rolę państwa i systemu emerytalnego. Czemu on ma nam służyć?
Problem w tym, że stoimy dziś na cywilizacyjnym i historycznym rozdrożu. Z jednej strony widzimy amerykański model ekonomiczno-społeczny, oparty na wielkiej konkurencyjności, ale nie dający bezpieczeństwa socjalnego, pewnego ubezpieczenia społecznego czy emerytalnego. Z drugiej strony mamy zachodnioeuropejski model państwa opiekuńczego, które funkcjonuje dzięki umowie społecznej zawartej po zakończeniu II wojny światowej. Coraz trudniej go utrzymać, o czym co chwilę przekonują się Francuzi czy Niemcy, generuje olbrzymie koszty, ale funkcjonuje dzięki akumulacji bogactwa w tych krajach. Widzimy też modele chińskie, czy szerzej azjatyckie, oparte na zupełnie innym podejściu do jednostki i wspólnoty.
Gdzie w tym wszystkim jest Polska? Widzimy libertariańskie oczekiwanie, że nasza gospodarka będzie tak samo konkurencyjna jak amerykańska, ale równocześnie istnieje społeczne zapotrzebowanie na niemieckie państwo dobrobytu. Do tego trzeba dodać jeszcze koszty transformacji klimatycznej, która została zaprojektowana dla gospodarek znajdujących się w innej fazie rozwoju niż nasza. Wprowadzenie jej w Polsce, w obecnej fazie transformacji energetycznej sprawia, że mamy tak wysokie koszty energii. Nie chcemy też konkurować niskimi kosztami pracy, bo społeczeństwo chce wreszcie korzystać z owoców transformacji gospodarczej i cieszyć się z tego, że staliśmy się 20. gospodarką na świecie. Goniąc państwa Europy Zachodniej pod względem ich systemu emerytalnego, nie utrzymamy oczekiwanego tempa wzrostu. A równocześnie nie zadłużając się zanadto, chcemy inwestować miliardy w nowe źródła energii, budować najsilniejszą armię w regionie, która odstraszy rosyjską agresję, inwestować w AI i nowoczesne technologie, inwestować w naukę i badania, które pozwolą nam przestać być montownią dla zachodnich marek, ale przesunąć do Polski łańcuch wartości dodanej. Tyle tylko, że to kwadratura koła.
Raport Draghiego pokazywał, co powinna zrobić UE, by być konkurencyjna, ale proponował rozwiązania wyłącznie dla Europy Zachodniej. Bo my nieustannie imitujemy. Imitowaliśmy modele rozwojowe, nawet myślimy w kategoriach stworzonych gdzie indziej – w Dolinie Krzemowej, czy w Europie Zachodniej. Czy jesteśmy gotowi na rewolucję? Na nowy model rozwoju społeczno-gospodarczego? Na nową umowę społeczną? Przy obecnej polaryzacji politycznej będzie to niemożliwe. Ale system, który się wyczerpał, będzie tę polaryzację jeszcze pogłębiał.