Mimo że od kwietnia często słyszeliśmy w mediach o konflikcie „maślarzy” (Przemysław Czarnek, Jacek Sasin, Tobiasz Bocheński i post-ziobryści) i „harcerzy” (stronnictwo Mateusza Morawieckiego), to określenia te – choć kontekstualnie trafne – nie oddają istoty sprawy. Spór w PiS-ie nie zasadza się na konflikcie dwóch koterii, różniących się wyłącznie partyjnym baronem, na którego poszczególni politycy się orientują. To fundamentalny spór o przyszłość polskiej prawicy.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Michał Płociński: Morawiecki wygrał próbę sił. Plan Kaczyńskiego się nie powiódł

Prezes PiS Jarosław Kaczyński postawił na ludzi, którzy mają mentalność zacietrzewionych publicystów 

Po jednej stronie barykady są młode (jak na świat polityki) kadry, którym de facto premier Morawiecki oddał sterowanie państwem, dając okazję do zbierania szlifów w zarządzaniu w trakcie pandemii i wojny na Ukrainie; innymi słowy, ludzie, którzy przez lata stanowili o merytorycznej sile PiS, a jednocześnie pilnowali, by partyjny kurs nie zbaczał zbyt na prawo.

Po drugiej zaś stronie stoją ludzie, którzy wprawdzie nie odnosili specjalnych sukcesów w pracy państwowej (albo odnosili anty-sukcesy jak Jacek Kurski w Telewizji Publicznej), ale za to do perfekcji opanowali pisanie groźnych tweetów na platformie X albo wygłaszanie bezkompromisowych filipik w zaprzyjaźnionych mediach. Jednocześnie w warstwie tzw. treści owe wystąpienia są często nie do odróżnienia od wypowiedzi polityków Konfederacji czy nawet Korony Grzegorza Brauna – choć funkcjonują na prawach gorszych od oryginałów podróbek.

Zdaje się zatem, że w imię ścigania się na radykalizm z odleglejszą prawicą, prezes PiS postawił na ludzi, którzy mają mentalność zacietrzewionych publicystów – dużo piszą i mówią, ale politycznie i – przede wszystkim – państwowo niewiele z tego wynika.

PiS zostanie w najbliższym czasie wypatroszony z kadr

O ile nie dojdzie więc jeszcze do jakichś spektakularnych wolt, partia Jarosława Kaczyńskiego zostanie w najbliższym czasie wypatroszona z kadr, które choć nie są wolne od aferalnych obciążeń, to jednak stanowiły najbardziej wartościowy komponent PiS-owskiego krajobrazu personalnego. W tym sensie „nowe” Prawo i Sprawiedliwość będzie bytem pod pewnymi względami zbliżonym do Koalicji Obywatelskiej – z deficytem młodych, obiecujących i sprawnych, ale także merytorycznych postaci.

Jak to się stało, że „frakcja czerwona” była w stanie przekonać do swojej wizji PiS-u lidera partii, mimo że największe sukcesy partia święciła, gdy jej twarzami byli Beata Szydło albo Mateusz Morawiecki? Być może Jarosław Kaczyński szczerze uwierzył, że choć w głębi duszy zapewne mu się to nie podoba, to przyszłość prawicy ma raczej „czerwoną” twarz Przemysława Czarnka lub Patryka Jakiego, a nie „białą”, technokratyczną – jak Morawieckiego, Cieszyńskiego czy Dworczyka. Niedoszły „efekt Czarnka” mógł być jednak nauczką, że trudno w tej materii o determinizm.

Czytaj więcej

Estera Flieger: Plan Jarosława Kaczyńskiego nie wypalił. PiS już przegrał mentalnie

Jednocześnie Morawiecki i jego ludzie będą mogli odetchnąć z ulgą. Nie będą już bowiem musieli udawać, że mają ochotę, by ścigać się na retoryczny radykalizm z najbardziej twardogłowymi PiS-owcami. Przypomnijmy sobie choćby, jak skrajnie nienaturalnie wypadał Morawiecki w debacie parlamentarnej w TVP, gdy w co drugim zdaniu straszył niemieckim Tuskiem.

Od dziś technokrata znów może być technokratą. W najbliższych miesiącach zobaczymy, ilu polskich wyborców chciałoby na kogoś takiego głosować.

Roch Zygmunt

Publicysta, sekretarz redakcji Klubu Jagiellońskiego