Do końca czwartku parlamentarzyści i eurodeputowani PiS mają czas na złożenie oświadczenia o wystąpieniu z założonego przez Mateusza Morawieckiego stowarzyszenia Rozwój Plus. A o godz. 12 tego dnia dojdzie do spotkania „ostatniej szansy” – Jarosław Kaczyński będzie rozmawiał z Mateuszem Morawieckim.
Konflikt „maślarzy” z „harcerzami” eskalował do tego stopnia, że politycy PiS straszą się pozwami – chodzi o Kacpra Płażyńskiego, który chce „podać do sądu” Marcina Horałę. Horała ma przeprosić i wpłacić pieniądze na fundację żony Płażyńskiego. A poszło o to, że w Kanale Zero Horała przypisał Płażyńskiemu autorstwo raportu o Karolu Nawrockim (był to materiał o jego znajomościach, który trafił na biurko Kaczyńskiego, kiedy podejmował decyzję, kto zostanie kandydatem na prezydenta). Absolutne kino.
Czytaj więcej
Czy PiS prowadzony przez Morawieckiego mógłby liczyć na wielką wyborczą ekspansję? Może polaryzacja, w której prawa strona jest pod rosnącą presją...
Dlaczego Jarosław Kaczyński postawił na Przemysława Czarnka
Oczywistym jest, że konflikt w PiS nie zaczął się „wczoraj” – jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości. Niezależnie od tego, czy Przemysława Czarnka, jako kandydata na ewentualnego premiera zastąpi Tobiasz Bocheński lub Zbigniew Bogucki, a Mateusz Morawiecki opuści PiS i założy własną partię, problemy PiS pozostaną te same. I są głębsze niż różnice personalne, choć i te mają swoje znaczenie.
Dlaczego Kaczyński postawił na Czarnka? Zwykło się mówić, że poszukiwał polskiego Donalda Trumpa. Ale to prostsze. Były minister edukacji miał powtórzyć sukces Nawrockiego. Sęk w tym, że Czarnek nie jest Nawrockim, dlatego to nie mogło się udać. Tzn. nie ma takich cech, które pozwoliły wygrać wybory prezydenckie kandydatowi ludowemu. Kaczyński brnąłby więc w konflikt, byle tylko nie przyznać się do błędu. Morawiecki rzucił mu wyzwanie i przynajmniej w czwartek, do południa, wygrywa.
Być może prezes PiS, dla którego najważniejsza jest partia, chciał też zrównoważyć ośrodek prezydencki w momencie, kiedy tylko Nawrocki zaczął wyrastać na lidera prawicy. Oczywiście, przede wszystkim chodziło o to, że głównymi rywalami PiS są dziś Konfederacja i Konfederacja Korony Polskiej, które Czarnek miał obejść z prawej strony. Ale po pierwsze, Czarnek próbując przelicytować – jedną i drugą – Konfederację, wyłącznie je wzmacniał. Przecież kameleona, który przyjmuje barwy otoczenia, przestaje być widać. Po drugie, robiąc to, okazał się nie do zaakceptowania dla części prawicy, czego chyba najlepszym przykładem jest zablokowany przez „Sieci”, a opublikowany w „Rzeczpospolitej” tekst Jana Rokity.
Wreszcie po trzecie, Jarosław Kaczyński koncentrując się na tym, kto ma kogo obejść z prawej strony, nie zauważył dziury, która powstała w centrum, nazywanym przez niektórych mitycznym. Ale moim zdaniem pytanie nie brzmi, czy centrum istnieje, ale co dzisiaj nim jest – pisałam w „Rzeczpospolitej”, że zwracając się do mieszkańców Polski niemetropolitalnej, chce je zagospodarować Krzysztof Bosak.
Jeśli Mateusz Morawiecki wyjdzie z PiS, odetnie tlen walczącej o nowe centrum Konfederacji
PiS ma zasadniczo dwa problemy. Pierwszy – już przegrał mentalnie. Co to znaczy? W polityce jak w sporcie – przełomowy jest moment, w którym zaczyna się wierzyć we własne zwycięstwo. Albo na odwrót: w którym zaczyna przyjmować się porażkę za nieuniknioną. PiS się posypał, kiedy zaczął się bać Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej. Czy uznał, że nie odzyska władzy i odpuszcza sobie rywalizację z Koalicją Obywatelską, czy źle zrozumiał, co prowadzi do celu?
Drugim problemem jest tożsamość. Czy korekta – wymiana Przemysława Czarnka na maślarza „light” – będzie wizerunkowa, czy programowa? Czy PiS w ogóle jeszcze wie, czego chce? Przy okazji: czy potrzeba jeszcze więcej dowodów na to, że licytacja z ugrupowaniami skrajnie prawicowymi jest drogą donikąd? Uważam przy tym, że tak samo zgubne jest lekceważenie Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej, co przekonanie o ich wszechmocności. A już na pewno błędem jest nierozpoznanie źródeł ich sukcesu, a więc niedoważanie związku między notowaniami radykalnie prawicowych partii antysystemowych a kryzysem w dostępie do usług publicznych, co prowadzi do kolejnych, również błędnych decyzji strategicznych. Mówiąc wprost: nie można wygrać z jedną i drugą Konfederacją, grając z nimi w antyukraińską grę, za to można z nimi przegrać, przegapiając tak problemy mieszkańców Polski niemetropolitalnej, jak i codzienne potrzeby mieszkańców większych miast. Przy czym asertywność wobec Ukrainy jest wymagana.
Czytaj więcej
Pomimo historycznego sporu wywołanego przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego więcej jest Polaków, którzy są przekonani o tym, że w polskim interes...
Być może to, co dzieje się w PiS jest laboratorium, i oglądamy właśnie przyszłość kilku innych partii. Czy rozpad PiS uwolni reakcję łańcuchową? W każdym razie duopol w tym sensie już nie istnieje, że przed nami prawdopodobnie rozdrobniony Sejm – być może rząd mniejszościowy i koalicje zawiązywane na potrzeby bieżących głosowań, np. Koalicji Obywatelskiej z Nową Nadzieją Sławomira Mentzena. „Uważam, że wszystko jest możliwe”, o scenariuszu trwałej relacji obu ugrupowań mówił Grzegorz Schetyna. „Parę lat w polityce nauczyło mnie, że trzeba sobie wyobrażać każdy scenariusz”, powiedział „Rzeczpospolitej” Bartosz Bocheńczak, kandydat Konfederacji na prezydenta Krakowa.
Rok 2027 może okazać się rokiem politycznego chaosu. Chyba że wyjście Mateusza Morawieckiego uspokoi wzburzone morze. W jakim sensie? Nie chodzi o to, że zakończy destrukcyjny dla PiS konflikt, zwłaszcza że rozstanie byłego premiera z partią wcale nie musi tego oznaczać. Chodzi o to, że taka partia – jedyna, która ma potencjał, aby liczyć się w tej części politycznej sceny – oznaczałaby przeniesienie punktu ciężkości: Mateusz Morawiecki znów rywalizowałby głównie z Donaldem Tuskiem (co niesie za sobą ryzyko utraty kolejnych – zwłaszcza młodych – wyborców zmęczonych duopolem), a języczkiem u wagi byłoby nowe centrum.