Rosyjski okręt (fregata Nieustraszymyj) przeprowadził strzelania z użyciem ostrej amunicji nieopodal brytyjskiego Plymouth. Całe zdarzenie miało miejsce na wodach międzynarodowych. O przeprowadzeniu strzelań załoga fregaty poinformowała tuż przed otwarciem ognia. To absolutnie niezgodne z międzynarodowymi standardami – przyjęło się, że o tego typu manewrach informuje się z 12- lub 24-godzinnym wyprzedzeniem.

Całe zdarzenie uznane zostało za demonstrację Kremla związaną z objęciem stanowiska przez nowego premiera, Andy'ego Burnhama. Jeśli tak faktycznie było, to chyba nawet sami Rosjanie nie wierzyli za bardzo w skuteczność tej demonstracji. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow tradycyjnie oświadczył, że Rosja wszystkie swoje ćwiczenia i działania okrętów prowadzi w zgodzie z prawem międzynarodowym i morskim, a zatem nie ma powodu doszukiwać się w tym żadnych sygnałów.

Kogo naprawdę straszy Rosja, gdy jej okręt strzela u wybrzeży Wielkiej Brytanii?

W tej samej wypowiedzi Pieskow zastrzegł jednak, że objęcie urzędu przez Burnhama i jego deklarację bezwarunkowego wsparcia dla Ukrainy Moskwa „z pewnością weźmie pod uwagę”. Formalnie zaprzeczył więc związkowi między ćwiczeniami a zmianą na Downing Street, jednocześnie dając wyraźnie do zrozumienia, że jednak coś je łączy.

Mimo wszystko bardziej prawdopodobne jest jednak, że korzystając z politycznego zamieszania, Rosjanie postanowili trochę postraszyć brytyjskie społeczeństwo, by wzmóc w nim przekonanie, iż z Moskwą nie ma sensu zadzierać. I tym samym wesprzeć te ruchy w Wielkiej Brytanii, które opowiadają się za większym zdystansowaniem się od konfliktu na Ukrainie oraz złagodzeniem przez brytyjski rząd stosunku do Rosji.

Czytaj więcej

Niemcy się zbroją. Na armię wydają już dwa razy więcej niż Polska

Strzelanie ostrą amunicją przez Rosjan na wodach wokół Wielkiej Brytanii to zresztą nie pierwszy taki przypadek. W czerwcu rosyjski okręt oddawał już przecież ostrzegawcze strzały w kierunku jachtu, którym płynęła para emerytów. I takie incydenty będą w przyszłości powtarzać się częściej. Dlaczego? Dlatego, że Rosjanie dobrze odrobili lekcję, którą dała im chińska marynarka.

Jak chińskie okręty strzelały ostrą amunicją i resetowały układ sił

O jaką lekcję chodzi? Cofnijmy się do końca lutego 2025 roku i przenieśmy na Morze Tasmana, położone na wschód od australijskiego Sydney i oddzielające Australię od Nowej Zelandii. Zespół złożony z kilku okrętów chińskiej marynarki rozpoczął tam nagłe ćwiczenia z użyciem ostrej amunicji. Chińczycy wydali ostrzeżenie o strzelaniu z zaledwie kilkugodzinnym (krótszym niż 12 godzin) wyprzedzeniem, za pośrednictwem cywilnego kanału radiowego. Zapowiedzieli też prowadzenie ognia do znacznego pułapu, co praktycznie sparaliżowało cywilny ruch lotniczy. 49 samolotów znajdujących się już w powietrzu musiało w trybie awaryjnym zmienić trasę lotu.

Teoretycznie wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Ćwiczenia miały miejsce na wodach międzynarodowych, poza zasięgiem wyłącznej strefy ekonomicznej Australii. Po zakończonych ćwiczeniach flotylla złożona z niszczyciela typu 055, fregaty typu 054A oraz okrętu zaopatrzeniowego typu 903 kontynuowała rejs, opływając demonstracyjnie Australię od południa i zachodu, po czym opuściła region.

Czytaj więcej

Na Pacyfiku tworzy się nowy sojusz wojskowy. W tle obawy przed Chinami

Eksperci ocenili te manewry jako celowy pokaz siły oraz próbę zademonstrowania przez Chiny zdolności operacyjnych daleko poza swoimi tradycyjnymi wodami. Polityczny kontekst ćwiczeń był wówczas dość oczywisty.

W tamtym czasie doszło bowiem do zacieśniania współpracy w ramach paktu AUKUS (USA, Wielka Brytania, Australia), tuż po dojściu do władzy w USA Donalda Trumpa. Australia zapowiedziała zakup okrętów podwodnych z napędem jądrowym. Trump deklarował zaostrzenie polityki wobec Chin. Nowa Zelandia, zachowująca dotychczas znaczącą uległość wobec Chin, zaczęła zbliżać się do zachodnich partnerów. Zachodnie okręty, powołując się na prawo międzynarodowe, asertywnie wpływały zaś na wody Morza Południowochińskiego, do którego pełne prawa rości sobie Pekin.

Z perspektywy Pekinu prowokacja miała na celu zresetowanie układu sił. Chiny chciały pokazać, że międzynarodowe prawo do swobody żeglugi (na które powołują się USA i Australia, pływając po Morzu Południowochińskim) działa w obie strony. Wysyłając swoje najnowocześniejsze okręty, Pekin udowodnił, że potrafi przenieść napięcie militarne z bezpośredniego sąsiedztwa Chin (Tajwan, Morze Południowochińskie) pod południowe granice zachodniej hemisfery. Podobne cele – choć na mniejszą skalę, adekwatną do obecnych zdolności własnej floty – ma dziś Rosja.

Pekin chciał sprawdzić, jak na agresywną demonstrację siły zareaguje Australia oraz czy Nowa Zelandia zachowa swoją bardziej wstrzemięźliwą postawę dyplomatyczną. Przeprowadzenie ćwiczeń z ostrą amunicją na wodach oddzielających Australię i Nową Zelandię miało pokazać Wellington, że porzucenie neutralności niesie za sobą bezpośrednie ryzyko militarne.

Czytaj więcej

Rosja twierdzi, że Zachód chce rozszerzyć konflikt na Ukrainie na Azję

Rosjanie wyciągnęli wnioski z bezkarności chińskiej floty

To, co dzieje się od pewnego czasu na wodach wokół Wielkiej Brytanii, to dokładnie ten sam schemat, który we wschodniej Azji wielokrotnie przetestowały wcześniej Chiny. Flota rosyjska od ponad dekady regularnie ćwiczy wspólnie z Chińczykami, a w ostatnich miesiącach ta współpraca nabiera coraz bardziej intensywnego charakteru. Pekin ma zaś spore doświadczenie w prowadzeniu asertywnych działań na morzu, szczególnie na Morzu Południowochińskim. I zapewne chętnie się nimi z Rosjanami dzieli.

Co istotne, chińska flota, mimo prowadzenia agresywnych działań na morzu, pozostaje dziś praktycznie bezkarna. I to również lekcja, z której Rosjanie wyciągnęli wnioski. Dość powiedzieć, że w ciągu ostatnich kilku lat Pekin mocno przesunął granice tego, na co mogą sobie pozwolić jego okręty. Jednym z niewielu krajów, które mają odwagę na równie asertywne zachowania wobec Chin i konsekwentnie wdają się w morskie przepychanki z chińską flotą, są Filipiny. To na styku tych dwóch państw regularnie dochodzi do poważnych incydentów morskich. To tam obserwujemy nie tylko opisywane ostatnio okładanie się przez załogi chińskich i filipińskich jednostek pałkami, ale także próby wzajemnego taranowania się przez patrolujące sporne akweny okręty.

To także działania, które Moskwa zapewne z uwagą obserwuje i których się uczy. Co prawda nie spodziewałbym się pojedynków na pałki między rosyjskimi i brytyjskimi marynarzami, jednak coraz bardziej agresywnych manewrów rosyjskich jednostek w kontakcie z okrętami NATO już należy się spodziewać. I to jest dokładnie to, nad czym Zachód powinien się dziś poważnie zastanowić. Bez dobrego pomysłu na to, jak na takie incydenty reagować, Rosja – podobnie jak robią to Chiny – nadal będzie przesuwać granice tego, na co może sobie pozwolić „w ścisłej zgodności z prawem międzynarodowym i morskim”.