Znów Bałkany. Maleńka wioska Baczkowo na stokach Rodopów. Czerwone dachy domów toną w oszałamiającej zieleni ogrodów. Gęste zarośla figowców, gdzieniegdzie splecione z pniami drzewek orzecha włoskiego. Wszędzie natrętna winorośl. Pnącza wdzierają się do okien, oplatają ganki tych kilkunastu biednych domków, które wspinają się po stokach w kierunku gór. Ludzi tu mieszka niewielu, cała wieś to może ze trzysta osób. Późnym popołudniem ogrody pachną niezwykle mocnym aromatem tej inwazyjnej, gęstej roślinności. Przebija się charakterystyczny, słodkawy zapach fig. Ale są jeszcze zielone; wciąż to tylko zapowiedź dojrzałych owoców. Wieś jest opleciona kamiennymi ścieżkami; ulice, pożal się Boże; kocie łby układano tu pewnie jeszcze za Turka. Powyżej szczyty. Dwa tysiące metrów i wyżej. Nagie skały wyrywają się gęstej, śródziemnomorskiej zieleni, by kaleczyć chmury nad górskimi dolinami. Stare schody prowadzą do doliny. A tam niezwykły skarb, klasztor Baczkowski. Drugi najważniejszy w Bułgarii. Jego początki sięgają XI wieku. Założyli go w czasach bizantyjskich mnisi z Gruzji. W jego bibliotece do dziś znajduje się kolekcja ich starych ksiąg religijnych; uzupełnianych potem przez stulecia księgami greckimi i słowiańskimi. Klasztor przetrwał czasy bizantyjskie, potem znalazł się pod ochroną carów bułgarskich, by w końcu stać się ostoją chrześcijaństwa w islamskim morzu państwa otomańskiego. To był koniec XIV wieku, kiedy drugie cesarstwo Bułgarów padło pod ciosami Porty.