Gdy to piszę, termin, który prezes wyznaczył na podpisanie „loJarki” jeszcze nie upłynął i nie wiem, ilu stronników Mateusza Morawieckiego ostatecznie dało się prośbą i groźbą zagonić do rozstawionego przez prezesa „szerokiego prawicowego namiotu”, ale niezależnie od tego, ile patosu o jedności uda się politykom upchnąć w towarzyszące łamaniu kręgosłupów oświadczenia, tego, co się właśnie tak widowiskowo rozpada nie uda się już posklejać. I gdyby ktoś zadał sobie pytanie „po co”, łatwiej byłoby pogodzić się z tym, co nieuchronne. Ostatnie „zjednoczenie” prezesa z byłym premierem miało miejsce zaledwie trzy miesiące temu i zakończyło się wymuszonym kompromisem, w ramach którego prezes łaskawie zgodził się, żeby Morawiecki sobie stowarzyszenie założył, pod warunkiem, że pozostanie praktycznie martwe. Udawane zjednoczenie, które być może uda się jakoś narracyjnie sprzedać i teraz będzie trwało jeszcze krócej, a „rozjednoczenie” będzie jeszcze bardziej brutalne. O ile do tego czasu pozostaną jeszcze jakieś partyjne brudy do publicznego wyprania, bo po obu stronach nie ma już nikogo, kto naprawdę dąży do – przynajmniej – paktu o nieagresji. W szanse na istniejące nie tylko na papierze porozumienie nie wierzę, bo politycy obu frakcji nie mają się już wokół czego zjednoczyć. Nawet gdyby chcieli i potrafili ze sobą rozmawiać. Jeśli można jeszcze mówić o „efekcie Czarnka”, to jest nim właśnie rozłam w w PiS-ie a innego już nie będzie.