Atak nie jest zaskoczeniem, w czasach Donalda Trumpa nic nie jest zaskoczeniem. Od wielu tygodni zresztą administracja amerykańska groziła Iranowi wojną. Najpierw, w styczniu, chciała militarnymi środkami bronić pacyfikowanych przez reżim dzielnych buntowników, co mogłoby się podobać. Bo Zachód ma moralny problem: oburza się na dyktatury, które mordują swoich obywateli, ale rzadko reaguje.
Czy Iran, jak twierdzi Donald Trump, stanowi bezpośrednie zagrożenie dla narodu amerykańskiego?
Potem jednak los prześladowanych Irańczyków mniej administrację amerykańską interesował. Jako argument do wywołania wielkiej wojny wrócił program nuklearny Iranu i szerzej: jego możliwości militarne. A przy okazji brane jest pod uwagę, może nawet bardziej przez Izrael niż USA, obalenie reżimu ajatollahów, po którym nie wiadomo, kto miałby przejąć władzę, ale byłaby to władza zapewne nie tak antyizraelska i antyamerykańska jak obecna. A są i kandydaci do takiej (syn obalonego w 1979 r. szacha) proamerykańscy i proizraelscy.
Czytaj więcej
Zamiast wojny przeciwko krwawemu reżimowi powrót do rozmów o porozumieniu nuklearnym? W piątek ma...
Argumenty za wszczęciem wojny, których użył w swoim nocnym przesłaniu Donald Trump, są typowe dla jego wielu działań na świecie, czyli budzące daleko idące wątpliwości. Są w nich elementy prawdziwe, ale i – co w wypadku wywoływania wojen jest kluczowe – niepotwierdzone albo jednoznacznie fałszywe.
Widać to już po ogólnym uzasadnieniu Trumpa dla ataków. Ma nim być „obrona Amerykanów poprzez eliminację bezpośredniego zagrożenia” ze strony okrutnego i okropnego reżimu irańskiego. Reżim jest okrutny i okropny – to nic nowego, ale nie wypłynęły żadne dane, które świadczyłyby o tym, że jest w stanie w dającej się przewidzieć przyszłości zagrozić Amerykanom. W szczególności nic nie wiadomo o tym, by jak twierdzi Trump, Irańczycy byli blisko wyprodukowania pocisku, który mógłby wkrótce dolecieć do terytorium Stanów Zjednoczonych (wtedy można by mówić o bezpośrednim zagrożeniu dla narodu amerykańskiego).