Reklama

Jerzy Haszczyński: Pierwsza wielka wojna Donalda Trumpa. Masa wątpliwości

Reżim ajatollahów nigdy nie był tak słaby jak teraz, ale Donald Trump uznał, że stanowi bezpośrednie zagrożenie dla jego kraju i sojuszników Ameryki. Wraz z Izraelem zaatakował Iran, co może mieć znacznie poważniejsze konsekwencje dla regionu niż wojna w czerwcu zeszłego roku.
Jerzy Haszczyński: Pierwsza wielka wojna Donalda Trumpa. Masa wątpliwości

Foto: REUTERS/Evelyn Hockstein

Atak nie jest zaskoczeniem, w czasach Donalda Trumpa nic nie jest zaskoczeniem. Od wielu tygodni zresztą administracja amerykańska groziła Iranowi wojną. Najpierw, w styczniu, chciała militarnymi środkami bronić pacyfikowanych przez reżim dzielnych buntowników, co mogłoby się podobać. Bo Zachód ma moralny problem: oburza się na dyktatury, które mordują swoich obywateli, ale rzadko reaguje.  

Czy Iran, jak twierdzi Donald Trump, stanowi bezpośrednie zagrożenie dla narodu amerykańskiego?

Potem jednak los prześladowanych Irańczyków mniej administrację amerykańską interesował. Jako argument do wywołania wielkiej wojny wrócił program nuklearny Iranu i szerzej: jego możliwości militarne. A przy okazji brane jest pod uwagę, może nawet bardziej przez Izrael niż USA, obalenie reżimu ajatollahów, po którym nie wiadomo, kto miałby przejąć władzę, ale byłaby to władza zapewne nie tak antyizraelska i antyamerykańska jak obecna. A są i kandydaci do takiej (syn obalonego w 1979 r. szacha) proamerykańscy i proizraelscy.

Czytaj więcej

Od mordowania do rozmów. Ajatollahowie szykują się do negocjacji z ekipą Donalda Trumpa

Argumenty za wszczęciem wojny, których użył w swoim nocnym przesłaniu Donald Trump, są typowe dla jego wielu działań na świecie, czyli budzące daleko idące wątpliwości. Są w nich elementy prawdziwe, ale i – co w wypadku wywoływania wojen jest kluczowe – niepotwierdzone albo jednoznacznie fałszywe. 

Widać to już po ogólnym uzasadnieniu Trumpa dla ataków. Ma nim być „obrona Amerykanów poprzez eliminację bezpośredniego zagrożenia” ze strony okrutnego i okropnego reżimu irańskiego. Reżim jest okrutny i okropny – to nic nowego, ale nie wypłynęły żadne dane, które świadczyłyby o tym, że jest w stanie w dającej się przewidzieć przyszłości zagrozić Amerykanom. W szczególności nic nie wiadomo o tym, by jak twierdzi Trump, Irańczycy byli blisko wyprodukowania pocisku, który mógłby wkrótce dolecieć do terytorium Stanów Zjednoczonych (wtedy można by mówić o bezpośrednim zagrożeniu dla narodu amerykańskiego). 

Reklama
Reklama

Podobnie jest z bombą atomową, Iran nie będzie miał jej „wkrótce”. Jeżeli nawet jej chciał, to ataki Izraela i USA na jego instalacje nuklearne w czasie dwunastodniowej wojny w zeszłym roku oddaliły takie zagrożenie. Donald Trump uważał tamtą czerwcową wojnę za skuteczną, a jej zakończenie wpisał na swoją listę konfliktów, które dzięki niemu zakończyły się pokojem.

Czytaj więcej

Jerzy Haszczyński: Przegrać w karty z krewnym szacha

Atak nastąpił tuż po kolejnej rundzie negocjacji amerykańsko-irańskich

Trzeba naprawdę wielkiej wyrozumiałości dla Trumpa, by uznać, że miał powody do „wojny prewencyjnej”.  

Zaczął ją dwa dni po kolejnej rundzie negocjacji amerykańsko-irańskich (w Genewie) i kilka dni przed zapowiedzianą rundą następną (w Wiedniu). Może uważał to za najlepszy sposób nacisku na irańskich negocjatorów, którzy dotychczasowych warunków amerykańskich nie chcieli przyjąć. Pytanie, czy mogli? Czy jakiekolwiek państwo mogłoby przystać na całkowitą rezygnację z oficjalnie cywilnego programu atomowego, z militarnego odstraszania i to w zasadzie za nic, bo sankcje od lat wyniszczające Iran miałyby być tylko nieco złagodzone? Te warunki oznaczały właściwie kapitulację bez użycia przez Trumpa choćby jednej bomby.  

Czytaj więcej

Naloty na cele w Iranie. Światowi przywódcy boją się najgorszego

Już w sobotę amerykańskich i izraelskich bomb spadło więcej. Wojna, która się w ten sposób rozpoczęła, staje się pierwszą wielką wojną Donalda Trumpa. Iran nie czekał, jak w czerwcu zeszłego roku, z odpowiedzią. Odwet nastąpił od razu. I nie wydaje się, by miał symboliczny, godnościowy, charakter, jak wtedy, gdy za cel ajatollahowie wybrali opustoszałe bazy amerykańskie na Bliskim Wschodzie. Teraz zagrożone jest każde państwo regionu, które jest związane z Ameryką. 

Reklama
Reklama

Donald Trump, który przedstawia się jako niosący światu pokój, a przed laty krytykował amerykańskie interwencje militarne, zwłaszcza w Iraku, wszczyna wojnę w pełnym konfliktów regionie, posługując się wątpliwą argumentacją. I to w czasie, gdy jego notowania w Ameryce są złe. Pojawia się pytanie, po co jest ta wojna?

Czytaj więcej

Reza Nasri: Oczekiwanie Ameryki, że Iran się rozbroi, jest nierealne i głupie
Komentarze
Artur Bartkiewicz: Donald Trump zdobywa punkty dla Włodzimierza Czarzastego, a nie dla PiS
Materiał Promocyjny
Nowy luksus zaczyna się od rozmowy. Byliśmy w showroomie EXLANTIX w Warszawie
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Komentarze
Marek Kutarba: Atak na Iran to dla Polski zła wiadomość
Komentarze
Marek Kozubal: MON wygrywa w starciu z MSWiA, czyli walka o medyków
Materiał Promocyjny
Arabia Saudyjska. W krainie gościnności
Komentarze
Jerzy Haszczyński: Radosław Sikorski o USA i UE. Nie wymienił nazwiska Trumpa. I dobrze
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama