Za wschodnią granicą rozgrywa się przedstawienie rodem z teatru absurdu. Najpierw białoruski dyktator Aleksander Łukaszenka błyskawicznie podpisuje otrzymane od prezydenta USA Donalda Trumpa zaproszenie do Rady Pokoju (czyżby obawiał się, że Biały Dom się rozmyśli?) i deklaruje całkowite poparcie dla działań amerykańskiego przywódcy zarówno na Bliskim Wschodzie, jak i w Ukrainie. A gdy zostaje zaproszony na inaugurację inicjatywy do Waszyngtonu, nagle oznajmia, że nie może jednak polecieć. Niezbyt przekonująco tłumaczy to problemami logistycznymi i zaplanowanymi wcześniej spotkaniami. Wydelegował natomiast delegację z MSZ, na czele której miał stanąć szef reżimowej dyplomacji Maksim Ryżankou. Delegacja nie dotarła jednak do USA, bo… jej członkowie nie dostali amerykańskich wiz.
Aleksander Łukaszenko i Donald Trump. Koniec „normalizacji” relacji Białorusi z USA?
„W tej sytuacji nasuwa się uzasadnione pytanie: o jakim pokoju i o jakiej konsekwencji można mówić, skoro nawet podstawowe formalności dotyczące naszego udziału nie zostały dopełnione przez organizatorów?” – rozpacza białoruski MSZ.
Niewykluczone też, że strzałem w kolano była niedawna wypowiedź Łukaszenki, który w propagandowych mediach zasugerował, że nie zamierza płacić miliarda dolarów za udział w Radzie Pokoju
Takiego upokorzenia reżim Aleksandra Łukaszenki nie doświadczył już dawno. Zwłaszcza po wielu miesiącach napędzanej na Białorusi przez propagandę euforii dotyczącej „resetu”, „normalizacji” i „ocieplenia” stosunków z USA. Dyktator nie posiadał się z radości, nazywając Trumpa „przyjacielem” i licząc nie tylko na zniesienie amerykańskich sankcji, ale i europejskich. Po uwolnieniu czołowych więźniów politycznych wyrzucił ich natychmiast za granicę. W czwartek gospodarz Białego Domu pomógł Łukaszence zejść na ziemię. Teraz będzie musiał mocno się „wykazać” przed Amerykanami albo ostatecznie dać się połknąć Putinowi, narazić białoruską gospodarkę na dalszą degradację i czekać na własny upadek.
Czytaj więcej
Władimir Putin i Aleksander Łukaszenko w nowym zarządzie światowym? Codziennie się budzimy i niczym bohaterowie orwellowskiej powieści „Folwark zwi...
Powód nieobecności Łukaszenki w Waszyngtonie przywódca Białorusi zaskoczył nawet wytrawnych i wieloletnich obserwatorów białoruskiej polityki. W czwartek Mińsk odwiedziła Mabel Chinomona, przewodnicząca Senatu Zimbabwe. Nie bagatelizując znaczenia tego spotkania dla zaawansowanych relacji białorusko-zimbabweńskich, trudno jednak nie zauważyć, że obecność w Waszyngtonie ignorowanego od sześciu lat przez Zachód dyktatora byłaby jego symbolicznym powrotem do polityki światowej i ogromnym wizerunkowym sukcesem. Z pewnych powodów z tego zrezygnował. Klucza do zrozumienia tej sytuacji warto poszukać w Rosji.
A gdyby Aleksander Łukaszenka został aresztowany w USA? Co zrobiłby Władimir Putin?
Tydzień po otrzymaniu zaproszenia od Trumpa Łukaszenka otrzymał jednoznaczny sygnał z Rosji. Służba Wywiadu Zagranicznego (SWR) opublikowała komunikat, w którym ostrzegała, że na Zachodzie (wymieniono też USA) „kumulują się siły i środki, aby ponownie spróbować zdestabilizować sytuację i doprowadzić do zmiany porządku konstytucyjnego na Białorusi”. Z kolei kilka dni temu wiceszef rosyjskiej dyplomacji Michaił Gałuzin na łamach agencji TASS, komentując ocieplenie białorusko-amerykańskich relacji, „po towarzysku” wzywał „białoruskich przyjaciół do zachowania czujności”.
Czytaj więcej
Ładne, sympatyczne, mądre i wierne reżimowi urzędującego od trzech dekad dyktatora. Mogą się wcielać w rolę działaczek opozycji demokratycznej czy...
Wszelkie wątpliwości białoruskiego dyktatora ostatecznie zostały rozwiane przez Putina podczas rozmowy telefonicznej, do której doszło w czwartek wieczorem. Najwyraźniej Rosja stłumiła w zarodku „proamerykańskie” zapędy Łukaszenki. A być może został też ostrzeżony przez rosyjskie służby, że gdyby przekroczył granicę Stanów Zjednoczonych, Moskwa nie mogłaby mu zagwarantować bezpieczeństwa. Co zrobiłby Putin, gdyby Łukaszenka podczas takiej wizyty został zakuty w kajdanki i dołączył do swojego serdecznego przyjaciela Nicolása Maduro? Rozpocząłby wojnę atomową? Ściągnąłby żołnierzy z Ukrainy i wysłał na Białoruś? A może Łukaszenki broniłyby instytucje międzynarodowe? Urzędujący od trzech dekad w Mińsku dyktator nie może nie zadawać sobie takich pytań.
Niewykluczone też, że strzałem w kolano była niedawna wypowiedź Łukaszenki, który w propagandowych mediach zasugerował, że nie zamierza płacić miliarda dolarów za udział w Radzie Pokoju. Z pewnością nie zachęca to Trumpa do dalszego ocieplenia relacji z Mińskiem.