Członkostwo w Radzie Pokoju musi prezydenta kusić; jest bowiem nie tylko dla wciąż początkującego polityka szansą opowiedzenia się po stronie potężnego sojusznika, jakim jest prezydent USA, wpisania się w pierwszy szereg stronników MAGA, a zarazem wejścia do „ekskluzywnego grona” zabiegających o światowy pokój liderów świata. Kuszące, nieprawdaż? Tyle że Rada Pokoju, której twórca stawia ambitne cele (ma się zajmować „promowaniem stabilności, przywracaniem niezawodnych i legalnych rządów oraz zapewnianiem trwałego pokoju na obszarach dotkniętych lub zagrożonych konfliktem”) to nic innego jak prywatna inicjatywa Donalda Trumpa, która nijak się ma do światowego systemu traktatowego i wypracowanych przez dekady metod zarządzania relacjami międzynarodowymi.