Tzw. realista (bo tak o sobie mówi Cenckiewicz) wyjaśnił romantykom: jest „atlantystą” i „wywodzi się z innej szkoły historycznej, nie takiej, w której serce nakazuje walczyć o wolność Grenlandczyków”, państwa broniące statusu Grenlandii „wyszły przed szereg”, w dyplomacji „milczenie jest złotem”, co jest „prawdą, która obowiązuje w polityce od setek lat”. Dlaczego więc sam nie milczy?
Czytaj więcej
Podniecony sukcesem porwania Nicolása Maduro, Donald Trump grozi aneksją duńskiej wyspy. Sojusz A...
Sławomir Cenckiewicz kompromituje się jako prezydencki minister
Weźmy pod lupę wypowiedź szefa BBN-u. „Zresztą oni (Grenlandczycy – red.) też mają dość Danii – co nie znaczy, że są fanami Stanów Zjednoczonych – ale pewnie bardziej by chcieli do bogatego niż do takiego, co o nich zapomniał”. Po pierwsze, Cenckiewicz zabrał głos dzień po tym, jak premier Grenlandii Jens-Frederik Nielsen powiedział, że „jeśli Grenlandczycy musieliby wybrać pomiędzy Stanami a Danią, wybraliby Danię, NATO i Unię Europejską”.
Po drugie, Lars Løkke Rasmussen, minister spraw zagranicznych Danii, w telewizji Fox News szybko policzył: Stany Zjednoczone nie mają tyle pieniędzy, by sfinansować system opieki społecznej na Grenlandii. Gdyby Cenckiewicz nie kpił z analityków (takich prawdziwych, a nie że „wczoraj analityk, dzisiaj tata”), to dowiedziałby się od nich, iż Rasmussen ma rację: Grenlandczycy wolą skandynawskie państwo dobrobytu z dostępem do wysokiej jakości usług publicznych niż amerykański system ochrony zdrowia. Na czele Biura Bezpieczeństwa Narodowego stoi więc dyletant.