Przy odrobinie wyobraźni i dobrej woli naprawdę trudno być wyłącznie krytycznym wobec sztandarowego projektu rządu PiS, czyli budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Jego założenia wydawały się u zarania rozsądne, a nawet przekonujące. Polska w czasach komunizmu była w dziedzinie infrastruktury europejskim karłem. Absolutnie wbrew realiom geograficznym; nasz kraj ma perfekcyjne warunki do tranzytu na kierunku wschód–zachód i całkiem niezgorsze na linii północ–południe. Dlaczego rządy przed 1989 rokiem nie poszły tą ścieżką rozwoju? To oczywisty absurd, a jedyne możliwe wytłumaczenie to presja sowiecka. Moskwa nie była po prostu zainteresowana tym, by Polska zarabiała na tranzycie. Dlatego z komunizmu wychodziliśmy bez dróg szybkiego ruchu, lotnisk i z przestarzałą infrastrukturą kolejową. Po 1989 roku stało się jasne, że musimy to zmienić, by wykorzystać atuty nadwiślańskiej geografii. CPK to dziecko tego myślenia; mniej zresztą powinno w nim chodzić o wielkie lotnisko tranzytowe, a raczej o nowoczesny hub dający możliwość szybkiego i efektywnego transferu dóbr i ludzi w pożądanych kierunkach. Powiązanie z sobą dużego lotniska, sieci szybkich kolei i dróg broni się samo przez się. Podobnie zresztą jak całkiem rozsądnie wybrana lokalizacja. I tu kończą się „plusy dodatnie” i zaczyna polityka.